I tyle

Ten tekst ma prawie pół roku i tyle właśnie czasu przeleżał na pendrajwie, co tylko udowadnia jak ważne są w życiu porządki na dyskach.

Tą książkę miałem na liście „do przeczytania” od momentu jej premiery, ba!, od momentu pierwszych plotek o niej. Akurat tak się złożyło, że gdy wydawca zaczął wypuszczać pierwsze, nieśmiałe balony próbne, ja połykałem właśnie dzieła zebrane, wydane przez „Gazetę Wyborczą”. Gdy usłyszałem zatem co się święci, wiedziałem, że po przebiciu się przez te kilkanaście tomów czeka mnie jeszcze tom dodatkowy, biograficzny. I, szanowna wycieczko, słowo stało się ciałem po prawie roku. Przeczytałem wreszcie tą książkę, pewnie jako jeden z ostatnich w kraju.

Tym, którzy już wiedzą, że chodzi o „Kapuściński non-fiction” należą się słowa pochwały, choć - nie oszukujmy się - „to było elementarne, drogi Watsonie”. Każdy ma już pewnie swoją opinię na jej temat, dlatego też czuję się zobowiązany dorzucić jeszcze swoją. Otóż.

Otóż Domosławski odwalił kawał dobrej roboty. Było do przewidzenia, że oberwie mu się po głowie za szarganie świętości i rycie pod pomnikiem - i pewnie dlatego tą książkę napisał. „Piszę się, żeby było napisane”, odparł kiedyś Vonnegut zapytany o sens twórczości, ale akurat w przypadku biografii są takie postaci, które po prostu opisać trzeba z pozycji wyprostowanej. Trzeba, bo to uzupełnia znany wszystkim obraz człowieka i przekonuje, że spiż może i ładnie wygląda, ale nie na osobniku z gatunku homo sapiens. Domosławski miał jeszcze jedne powód, żeby tą książkę napisać - musiał sobie wytłumaczyć postać mistrza i przyjaciela, chociaż ta konieczność pojawiła się z czasem, bo gdy zaczynał pracę, nie sądził że tak naprawdę wiedział o Kapuścińskim niewiele. W czym oczywiście nie był odosobniony, bo „maestro” był mistrzem w słuchaniu, o sobie mówił niewiele. Całego siebie stworzył w książkach, przy wydatnej pomocy życzliwych adoratorów zresztą.

Ta biografia jest dekonstrukcją książkowego Kapuścińskiego. W odniesieniu do osoby publicznej słowo „dekonstrukcja” w Polsce początków XXI wieku nieprzyjemnie trąci polowaniem - w tle słychać trąby a ogary idą w las. Domosławski na szczęście nie strzela, zajmuje się przede wszystkim wynajdywaniem tropów, odtworzeniem życiowej drogi pisarza (reportera?) i kierujących nim motywów.

Nigdy nie miałem problemu z lekkimi „przebarwieniami” u Kapuścińskiego, pewnie dlatego, że nie pociągało mnie w jego książkach wylewające się spomiędzy stronic morze faktów. Wprost przeciwnie, Kapuściński był oszczędny w tym względzie – budował za to atmosferę, opowiadał obrazami, kliszami, które samie w sobie były banalne, rzucone jednak na tło wydarzeń nabierały ostrości i znaczenia. Pociągająca była w tych książkach pozycja, w jakiej się ustawiał – wycofanego trochę, stojącego z boku obserwatora, który wtapia się w tłum i właśnie tam szuka odpowiedzi na najważniejsze pytanie: „dlaczego?”. Nie „kto?”, nie „kiedy?”, nie „jak?”. „Dlaczego?” było pytaniem podstawowym, które wymagało odpowiedzi. Zrozumieć tło wydarzeń – to było najważniejsze. Zrozumieć ludzkie emocje i ich źródło – o to chodziło w zawodzie reportera. Zrozumienie zaś – tak, jak sądzę rozumował Kapuściński – przychodzi, gdy czytelnik da się wciągnąć w rytm opowieści i dlatego dla zachowania tego rytmu był gotowy na ustępstwa. Co nie oznacza, że kłamał. Koloryzował? Fabularyzował? Owszem.

Kapuściński starał się uchwycić heglowski zeitgeist – ducha czasów – motor napędowy ludzkich działań, ich motywację. Jedyną drogą do zrozumienia jego twórczości, jego osoby - dokładnie taką, jaką obrał Domosławski - było opisanie Kapuścińskiego tak, jak on sam opisywał świat. Z boku, z dystansu, bez emocji, choć z widoczną życzliwością. Nie na kolanach, nie cofając się przed odkrywaniem rzeczy samemu sobie nawet niemiłych. Zrozumieć, nie szufladkować. To się udało.

Najważniejszym odczuciem, jakie pozostało we mnie gdy już odłożyłem tą książkę na półkę był smutek. Że nie zdążył napisać książki o Oceanii, że ludzkie życie trwa tak krótko, że nie daje szansy na spełnienie. Że - być może - to wszystko to marność nad marnościami i prędzej czy później i tak wszyscy zapomną. Że zrobiono operację. A po operacji był zawał serca. I tyle.