Daj Lemowi kopa w górę

Tak jak zwykle nie trawię akcji w rodzaju „zagłosuj na Iksa w ynternetowym sondażu”, tak akurat w tym przypadku czuję się w obowiązku zwrócenia uwagi pleno titulo Czytelników na chwalebną akcję wystrzelenia Lema na orbitę. No bo przecież nie Polonia Aquila, brrrr….

Uprzejmie donoszę

W związku z zasmucającą kondycją blogusia w ostatnim czasie pozwolę sobie wyjaśnić co się dzieje. Otóż:

  • Po primo życie zajmuje mnie ostatnio bardzo a będzie jeszcze gorzej, bo przede mną remont.
  • Po secundo czytam. Postanowiłem nie czekać do emerytury z przeczytaniem książek, które absolutnie przeczytać muszę i zacząłem już teraz. Im więcej czytam, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam nic sensownego do przekazania Państwu Internautom. Ot, problem.
  • Po tertio przekopuję internety w poszukiwaniu różnych naukowych nudziarstw. Co ciekawsze wrzucam sobie o, tutaj. Zainteresowanych astronomią, fizyką, biologią, chemią i innymi zajęciami jajogłowych zapraszam. Zwracam tylko uwagę, że z reguły zabawa polega na tym, żeby klikać w linki pod obrazkami, bo najczęściej odsyłam do tekstu.

Mam kilka rzeczy w kolejce do poblogowania, ale trudno mi określić kiedy się za to zabiorę. Domenę w każdym razie opłacę na następny rok, za hosting już zapłaciłem, więc niech żywi nie tracą nadziei.

Na koniec bonus: w związku ze zmianą biurka wdrożyłem coś, co kiedyś zobaczyłem w czeluściach sieci. Nawet działa.

Wesołych Świąt!

Przyszłorocznych.

Więc tak: to miał być prezent pod choinkę, ale nie zdążyłem. Jak zwykle. Umówmy się zatem, że oto wprowadzam nową, świecką tradycję: prezent noworoczny. Okazja, jak każda inna, tyle że naród w tych dniach chodzi bardziej napruty, więc i skala zadowolenia z byle czego jakby większa.

Klik. I nie dziękujcie.

CC FTW!

Być może niektórzy wiedzą, reszta nie - mam ci ja konto na Flickerze. Konto dawno zresztą nie odświeżane, no ale nie o tym miałem…

Zdjęcia tam umieszczone są objęte bardzo liberalną licencją i szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałem się specjalnie nad jej wyborem - trzeba było coś wskazać, to wskazałem na CC, to było dla mnie oczywiste. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ktoś je zechce wykorzystać. Bo wiecie, o takich rzeczach to się czyta u Lessiga, ale żeby w prawdziwym życiu? W życiu!

Do dziś. Dziś otrzymałem komentarz Corey’a Lallo (północne Illinois), który prowadzi bloga KidKaizen. Z czym to się je? Corey ma głos:

Every facet of the word “Kid” is worthy of exploration. Being a kid, making a kid, raising a kid, talking to a kid, listening to a kid, hugging a kid, loving a kid and being loved by a kid. While parenting can be the hardest job imaginable and can have the effect of amplifying our imperfections and shortcomings, it is exciting nonetheless and can trump any profession by evolving into an obsession.

Kaizen (prounounced Ki- like “eye”, zen) is Japanese for “continuous improvement” and as a philosophy focuses on that improvement in all aspects of life. As it applies to the workplace Kaizen relates to Lean Processing as a method to eliminate wastes of time and cost. KidKaizen will concentrate on the “all aspects of life” interpretation and apply it to our interaction with kids.

Corey natknął się na jedną z moich fotek poprzez wyszukiwarkę Creative Commons. Zdjęcie się spodobało, więc je sobie pożyczył, użył w swoim artykule, ładnie podlinkował, po czym wystawił komentarz z informacją, że oto sobie użył. Wersal, proszę ja Was.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że jak się człowiek naczyta o kolejnych plagiatach w polskim internecie, to takie zachowanie i takie maniery lekko go zaskakują, choć przecież powinny być naturalne, prawda? Wiem czym jest Creative Commons, wiem jakie idee za nią stoją, więc postępuję w jej duchu.

Niby to takie oczywiste a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu. W każdym razie - CC działa, korzystajcie, jeśli tylko możecie.

W Polsce, czyli nigdzie

Polska. Dziwny kraj. W kraju tym prominentna, wykształcona przedstawicielka ugrupowania pragnącego uchodzić za nowoczesną, europejską formację twierdzi, że:

Do Zarządu Dróg Miejskich zgłosił się pan Lucjan Margol, radiesteta, który zaoferował nieodpłatnie zbadanie miejsca o dużym zagrożeniu, a następnie jego zabezpieczenie przed tzw. obciążeniami geopatycznymi.

To „miejsce o dużym zagrożeniu” to warszawskie skrzyżowanie ulic Wrocławskiej i Powstańców Śląskich. Skrzyżowanie posiada sygnalizację świetlną, ale - nie wiedzieć czemu - nadal dochodzi tam do wypadków. Zgłosił się jednak Margol Lucjan ze swoją pałeczką (fuj, świntuchy), połaził, połaził, zakopał jakieś niewielkie puszki i - TAAAADAAAAAAAAAM! - liczba wypadków spadła. Pozostając pod wrażeniem pałeczki pana Lucjana, dowodzony przez panią Hannę ratusz postanowił pójść za ciosem i sypnąć groszem na

wykonanie ekspertyzy promieniowania geopatycznego wraz z zabezpieczeniem na kolejnych skrzyżowaniach: Grochowskiej z Żółkiewskiego, Radiowej na wysokości WAT i na Powstańców Śląskich z Radiową

Żeby nie było, że Hanna nie wie, o czym mówi. Wie.

radiestezja, czyli odczuwanie promieniowania, pochodzi z połączenia dwóch wyrazów z języka greckiego: radia, czyli promień i aisthezis, czyli odczuwanie

Jak widać stosowanie greki daje +3 punkty do wiarygodności. Dodatkowe dwa punkty można uzyskać odwołując się do literatury fachowej - w przypadku byłej prezes NBP i równie byłej wiceprezes Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju jest to pozycja „Radiestezja dla każdego” wydana przez Krajową Radę Związku Działkowców. Touche!

Najdziwniejsze w tej sprawie jednak jest to, że interpelację wniósł i trzeźwym rozsądkiem się wykazał radny ugrupowania, które w zupełnie innych okolicznościach przyrody przywołuje deszcz modlitwą.

Polska. Dziwny kraj.

PS Na wypadek, gdyby ktoś nie był w stanie uwierzyć w to, co opisałem: pismo Pani Prezydęt.