GTD dla administratorów

Nigdy się tym nie interesowałem. GTD, znaczy. Buzzword trudny był do przegapienia, ale absolutnie wszystko odstręczało mnie od zainteresowania się tym nowym zjawiskiem. Dlaczego? Bo jestem strasznie niepoukładaną osobą, ale dobrze mi z tym. Nie chciałbym nigdy zostać kimś, kto ma wszystko oklejone małymi karteczkami, kto zwija skarpetki do pary i układa kolorami, kto ma procedurę na każdą czynność. To nie ja.

Co się zatem stało, że sięgnąłem po „Zarządzanie czasem. Strategie dla administratorów systemów”? Ciekawość. Ciekawy byłem czym takim może się wyróżniać GTD sprofilowane dla mojej grupy zawodowej. Kaman, chyba nie każą mi sortować plików na dysku w jedynie słuszny sposób? Na szczęście nie kazali.

W dalszym ciągu uważam, że duża część porad zawartych w tej publikacji pojawia się tam tylko w celu wyrobienia normy zadrukowanych kartek. No chyba, że jestem inny i niektóre rzeczy wydają mi się oczywiste (albo wręcz zabawne, patrz strona 42, ramka). Nauczyłem się jednak kilku przydatnych trików, przy czym jeden wychwalam pod niebiosa: zacząłem WSZYSTKO zapisywać. Każda sensowna myśl, którą do tej pory odkładałem w głowie „na później” jest zapisywana. Każdy termin, nawet najmniej istotny, jest zapisywany. Każdy plan jest rozbijany na składowe i zapisywany. Gdy pierwszy raz usiadłem przed Things udało mi się zanotować zaledwie kilka punktów, ale w miarę upływu czasu danych przybywało. Faktycznie, czuję się jakoś lepiej wiedząc, że nie muszę o niczym pamiętać. Wszystko mam zapisane. Mózg staram się wykorzystywać do innych, bardziej skomplikowanych czynności.

Problem z zapisywaniem jest taki, że najlepiej robić to na bieżąco. Jak każdy czytelnik tej książki staję więc przed dylematem: PDA czy PAA? PAA to oczywiście synonim starego, dobrego notatnika, który oprócz jednej zalety ma jak dla mnie dwie wady:

  1. jest duży i ciężki, jeśli ma być użyteczny,
  2. nie udało mi się do tej pory znaleźć niczego sensownego. Każdy organizer, który znalazłem nijak się miał do proponowanego w książce rozwiązania. Nawet ostatni wpis polecający Tomka Skórskiego dotyczący Moleskine jakoś mnie nie przekonał do tego rozwiązania.

PDA jest chyba sensowniejszym rozwiązaniem. Pytanie: jaki? Ze względu na to, czego używam obecnie na desktopie naturalny wydaje mi się iPod Touch lub iPhone. Problem w tym, że mam już bardzo dobrego grajka a iPhone jest nie dość, że wyraźnie cenowo przekombinowany, to jeszcze są z nim - póki co przynajmniej - większe lub mniejsze problemy. Jestem w tej chwili na etapie rozglądania się za jakimś sprytnym urządzeniem, które posiada dobry program do GTD. Ciągnie mnie strasznie w stronę starego, dobrego Palma (Tungsten T3?), ale tak do końca to sam nie wiem… Być może jesteście w stanie coś doradzić?

Dygresja taka: dla polskich administratorów, którzy w większości wychowani są na kulcie BOFH pewnym zaskoczeniem może być fakt, że autor do swoich użytkowników (czy, jak to sam ujmuje „klientów”) podchodzi z życzliwością, wyrozumiałością i pewnym takim zrozumieniem nawet. Ludzie! Nie czyta im poczty, nie kasuje plików, nie restartuje zdalnie komputerów. Nie może być. Jedyne zresztą uzasadnienie, które byłbym w stanie podać odpowiadając na pytanie „Dlaczego uważasz, że powinienem przeczytać tę książkę?” brzmi „Bo być może nadal wydaje ci się, że bycie administracyjnym macho jest w modzie”.

PS O, przed chwilą się dowiedziałem, że TM4SA wcale nie jest wariacją na temat GTD. Nie chce mi się poprawiać tekstu powyżej :)

Krew, pot, gołe dupy i Matka Boska

Wszyscy wiedzą co to jest „Pudelek”? Wiedzą, nie ma nawet potrzeby linkować. Jak twierdzą statystyki, to jeden z tych poczytniejszych serwisów w Internecie, z wypiekami na twarzy i zapartym tchem studiowany przez calutki przekrój społeczeństwa.

W najnowszym „Przekroju” odnalazłem przypadkiem wywiad z twórcą tego wynalazku. Przepytuje go rzecz jasna Najsztub i w pewnym momencie pyta o ten moralizatorski ton w komentarzach „odredakcyjnych”. Pada odpowiedź:

- Bo każda dziedzina ma swoją metadziedzinę. Mamy literaturę, mamy całą krytykę literacką, mamy politykę, no i mamy całą jej dziedzinę „meta”, do której i pan należy, produkuje wywiady, posługuje się komentarzem itd. W pewnym momencie zrozumiałem, że 95 procent konsumpcji mediów to jest konsumpcja rozrywki. I nie może być tak, że ten właściwie główny nurt mediów – tych nieambitnych mediów – nie jest w ogóle komentowany.

Czemu jednak tak pruderyjnie i tak moralizatorsko piszecie?

– Nie ma takiej wykładni.

Otóż gówno prawda.

Taka wykładnia istnieje i jest wspólna dla każdego pisma z tej półki. „Fakt” i „Super Express” mają dokładnie to samo. Idealnie trafiają w mentalność współczesnego Polaka, który z jednej strony lubi sobie popatrzeć jakich majtek Doda dziś nie ubrała i jak wygląda człowiek z urwaną nogą, a z drugiej ma głęboko zakodowane niedzielne odwiedziny w kościele i równie niedzielny rosół z makaronem. Zanurzywszy się w grzesznych odmętach perypetii Młałjusza Max-Kołonko czy innego Darka Majdana, Polak czuje przemożną chęć natychmiastowego spłukania z siebie tych obrzydliwości, tak żeby w niedzielę móc przystąpić do wiadomego sakramentu. Komentarz redakcji zwalnia go od wytężania zwojów mózgowych, w jednym ciągu tekstu ma fragment o dupie i o imponderabiliach.

I wiecie co? Mnie to w sumie nie rusza, przyzwyczaiłem się.

Rusza mnie co innego. Otóż „Pudelek” jest jaśniejącym przykładem na sukces odniesiony w polskim internecie. Nikt - poza autorem a i też nie do końca - może się do niego nie przyznawać, ale i tak jest to sukces bijący po oczach. Drugi taki przykład to rzecz jasna „Nasza klasa”, której wszyscy nie znoszą z jednej strony a mają w nim konta z drugiej. Czytałem kiedyś wywiad z Maciejem Popowiczem, kiedy opowiadał jaką ekscytację czuł, gdy miał się spotkać z pierwszymi inwestorami portalu. Ekscytację powodowaną szacunkiem, bo byli to ludzie, którzy stali za sukcesem Crazy Froga.

Takim oto sposobem publika „Pudelka” wytycza szlaki nowej, elektronicznej, internetowej ekonomii. To jest właśnie to, co mnie rusza.

Disce puer latine, ego faciam te mościpanie

W Chinach kilkuset sportowców zaczęło właśnie wściekłą rywalizację o złote medale i premiowane reklamowymi kontraktami miejsca na podium, a tymczasem wybuchły wojny: jedna w Gruzji, druga w Polszcze. Każdy ma swoją teorię na temat tego, o co poszło w Gruzji, miło więc stwierdzić, że w naszym kraju choć raz przedmiot sporu jest ściśle określony: chodzi o Olimpiadę. Niewinny ten wyraz rozpala do czerwoności dyskutantów na forach a idzie o to, czy „olimpiada” to czteroletni okres między igrzyskami, czy być może synonim samych igrzysk.

Kochani! Olimpiada to był kiedyś czas między igrzyskami, bo tak kiedyś czas odmierzano, co jest do sprawdzenia w odpowiednich źródłach. Od czwartego wieku p.n.e Grecy odmierzali czas w olimpiadach właśnie, bo wówczas igrzyska były wydarzeniem niesamowitym, jedynym w swoim rodzaju. Dziś, wystawcie sobie, jest inaczej. Dziś z igrzysk olimpijskich zostały przede wszystkim igrzyska i nikt, poza sponsorami i organizatorami, aż tak bardzo się nimi nie podnieca. Wraz z tą zmianą zmieniło się też znaczenie tego słowa. Nikt nie odmierza czasu pomiędzy igrzyskami, nikt nie twierdzi, że zaczął się właśnie czwarty rok sześćset dziewięćdziesiątej szóstej Olimpiady. Przyjmijcie do wiadomości: słowo „olimpiada” oznacza obecnie jednocześnie „okres między igrzyskami” (przy odwołaniu się do starożytności), jak i same igrzyska urządzane współcześnie. Nikomu się nie chciało zajrzeć do słownika? Zajrzyjcie i nie bierzcie sobie za bardzo do serca, że beati, ąui non viderunt et crediderunt, prawda.

Wujek Dobra Rada: nie warto być ateistą

Z cyklu: „co ci wolno, jeżeli wierzysz w Boga”. W Indiach Sikhowie mogą wnosić na pokład samolotów rytualne noże Kirpan, o długości ostrza do 15 cm.

Trzeźwy komentarz pod notką na blogu Bruce’a Schneiera:

My religion requires me to carry a Colt 1911, .45 ACP.

I’m licensed in 6 states, and I’m an ordained Priest in my religion.

See y’all on the plane.

Porno, duszno, do tego dinozaury

W długi majowy weekend przydarzyła mi się awaria samochodu, więc w ramach wyrównywania krzywd zabraliśmy dziś dzieci do Parku Dinozaurów w Kleinwelce. To w Niemczech.

Park jest fajny, dinozaury całkiem miłe

ale jedno mnie zaskoczyło. Jest sobie otóż taka część parku, w której z dinozaurami sąsiadują neandertalczycy (Giertych Starszy koniecznie powinien się powołać na ten casus, to lepsze niż Smok Wawelski). Ba, jest tam nawet załoga statku kosmicznego. Najciekawsi są jednak ludzie pierwotni, bo zajmują się głównie, proszę ja Was, spółkowaniem. Serio.


Okrzyk „Och, ty mój dzikusie!” nabiera zupełnie nowej głębi, prawda?

Pierwsze co człowiekowi przychodzi na myśl, to pytanie „jak to jest możliwe”? Przecież tam biegają dzieci! W Polsce właściciel czegoś takiego miałby momentalnie na głowie miejscowego proboszcza i Koło Przyjaciół Radia Maryja. Tam nikt się tym nie przejmuje, dzieci biegają w najlepsze, nikomu to nie przeszkadza. Jak człowiek pójdzie do toalety, to na ścianie ma automat. Żeby jeszcze z papierosami! Nie, z prezerwatywami. Toaleta jest bezpłatna, ogólnie dostępna (w sensie, że nikt jej nie pilnuje) i czysta tak, że można jeść z podłogi. W całym parku ani jednego papierka, żadnej puszki po piwie, nie ma leżących wszędzie petów, nikt też nie sra po krzakach, pardon my French. W jednej z grot stoi - niepilnowany - projektor, który na potężnym ekranie wyświetla rewelacyjny film w rodzaju „Wędrówek z dinozaurami”, tyle że po niemiecku. Ekran, wystawcie sobie, nie ma najmniejszej rysy. I znowu wraca to samo pytanie: „jak to jest możliwe?”.

Żeby nie było, że to dlatego, że nas komuna ciemiężyła. Niedługo ruszamy do ZOO w Czechach - idę o zakład, że tam też będzie podobnie.