Zabójstwo Jesse’ego Jamesa

Ameryka to dziwny kraj. Bardzo młody i przez to właściwie pozbawiony historii - w znaczeniu, jaki nadaje temu słowu reszta świata, a już na pewno Europa. Ameryka ma jednak coś, czego brakuje reszcie świata: ma kino, które co jakiś czas wydobywa jakąś narodową historię, kalibru raczej niewielkiego i pokazuje ją w taki sposób, że proszę wsiadać, drzwi zamykać. Ostatni taki przykład to „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”.

Już sam tytuł jest dziwny, bo kino z Hollywood woli dwu-, no może trzywyrazowce a tutaj mamy całe zdanie. To nie jest jedyna cecha szczególna. Jesse James był legendą schyłkowego Dzikego Zachodu i w Stanach jego śmierć symbolizuje odejście całej epoki. Dostajemy zatem obraz „westernopodobny”, przy czym z rasowego westernu jest tam tyle, co kot napłakał. Nawet słynne „Bez przebaczenia”, które również nie było przecież typowym przedstawicielem gatunku jest przy filmie Dominika pełne akcji. W „Zabójstwie…” właściwie nic się nie dzieje - ale jak się nie dzieje! Przez bite dwie i pół godziny Brad PittCasey Affleck (z tych Afflecków) snują się po ekranie i prowadzą rozmowy - i to w zasadzie tyle. Pitt ostatnio znajduje się na fali wznoszącej i to jego kolejny dobry film, lepszy od poprzedniego. Affleck z kolei dzięki temu duetowi ma szansę na wyjście z cienia brata, bo - i nie ma tu krzty przesady - jest znakomity i zagrał koncertowo. Obojgu towarzyszą przepiękne, rewelacyjne zdjęcia, świetna, subtelna muzyka Nicka Cave’a (który zresztą pojawia się na chwilę na ekranie) i jedyna w swoim rodzaju atmosfera, pełna smutku, melancholii, wręcz pogrzebowa. Dwie i pół godziny kina moralnego niepokoju w scenerii amerykańskiej prerii i małych miasteczek.

Obawiam się, że to nie jest kino, które można wciągnąć przy okazji niedzielnego obiadu, bo wtedy nie zostaje w głowie nic. „Zabójstwo…” wymaga poświęcenia uwagi i czasu, ale to się opłaci, bo jest to chyba jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio wyszły z Hollywood.

Big Buck Bunny

Dziś ukazał się trailer filmu powstającego w ramach projektu Peach. Pamiętacie Elephant’s Dream? „Big Buck Bunny” to animacja powstała na podobnych zasadach - najlepsi fachowcy skupieni wokół Blendera spotykają się w Amsterdamie, gdzie przez 6 miesięcy, w oparciu wyłącznie o Wolne Oprogramowanie przygotowują nową produkcję, po czym wydają ją na wolnej licencji, łącznie z wszelkimi materiałami, czyli teksturami, szkieletami modeli i milionem innych rzeczy. Zasady podobne, tematyka inna. BBB to klasyczna opowiastka z humorem, na kształt tych produkowanych przez Pixar.

Wygląda na to, że znów będzie na co popatrzeć:

Premiera 10 kwietnia.

OMG, they freed Kenny!

Nic do dodania, ponad to, co napisane.

Live free or die hard

Guyz Nite, „Die Hard”, do obejrzenia na DVD „Szklanej pułapki 4.0″. Niecałe cztery i pół minuty skondensowanej miodności, za którą tak kochamy tą serię. Swoją drogą to jedyny znany mi przypadek cyklu filmów, kiedy kolejne części trzymają poziom (no, może „Zabójcza broń” też daje radę).

Pożegnanie z rolką

Najpierw dwie deklaracje. Pierwsza: uwielbiam Andrzeja Wajdę. Uwielbiam go niestety za jeden tylko film - „Ziemię obiecaną” - która zasługuje i zasługiwać będzie na wszystkie nagrody na tej planecie. Kocham ten film miłością wielką i nieprzemijającą. Co do innych historii opowiedzianych przez Wajdę - bywa różnie. Najgorsze są ostatnie lata, to już zjazd po równi pochyłej.

Deklaracja druga: do słów „patriotyzm”, „ojczyzna” i „narodowy honor” podchodzę nader ostrożnie, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że omijam je szerokim łukiem. Od jakiegoś już czasu jestem kosmopolitą idealnym, więc wszelkie patriotyczno-narodowe nuty drażnią nie z definicji, szczególnie zaś w kinie.

Problem: o „Katyniu” naczytałem się sporo. Czytałem recenzje krytyczne i cieszyłem się w duchu, że wyszło na moje - że Wajda wpadł w manierę kręcenia dla zorganizowanych grup młodzieży, sprowadzanych pod przymusem do kina w ramach lekcji historii. Przed chwilą obejrzałem go sam. I mam problem, Houston.

Film nie jest taki zły. Można go było zdecydowanie bardziej zepsuć, do nudności podlać patriotycznym sosem, utopić w minach rzewnych i zaangażowanych. Wajda na to nie poszedł. To dobrze, to plus. Na minus zaliczyć trzeba namnożenie wątków i postaci do potęgi entej. Właściwie co chwila na ekranie pojawia się nowa postać, z którą nie możemy się nawet związać, nie możemy się z nią identyfikować, bo zaraz znika, albo - jeżeli jest to jedna z postaci głównych - nie ma czasu na jej rozwinięcie, na wyjście poza banał. Mało który aktor potrafi wybrnąć z tej sytuacji i to akurat w „Katyniu” widać doskonale. Jedyny, który daje radę jest Andrzej Chyra - przepięknie rozegrał swoją rolę a ja z każdym filmem przekonuję się, że ten człowiek się w polskim kinie zwyczajnie marnuje.

Drugi mocny punkt tego obrazu to finałowa scena egzekucji. Przemiodna. Zrealizowana mocno, dynamicznie, bez żadnych upiększeń, bezdusznie niemal - ciarki na plecach gwarantowane. Reszta filmu? Raz jest lepiej, raz gorzej, ale Wajda nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Gdyby nie ta nieszczęsna symbolika… Zaraz na początku, w scenie otwierającej film widzimy tłum uchodźców uciekających przed Wehrmachtem. Przez pierwsze chwile zasłonięty jest on dymem bijącym z prawej strony kadru i można się zorientować, że źródło dymu jest tuż obok kamery. Tymczasem w chwilę potem po dymie nie ma ani śladu a ludzie stoją - okazuje się - na przerzuconym nad rzeką moście, więc palić musiałyby się przęsła. Stalowe. Drugi symbol to figurka Chrystusa leżącego na ziemi, opatulonego wojskowym płaszczem. „Polska Chrystusem narodów”? Litości.

Wyczytałem gdzieś, że to ostatni film Wajdy. To dobrze. Zrobił swoje, nakręcił kilka dobrych filmów i jeden film wybitny. Pora jednak zejść ze sceny, tym bardziej, że Wajda jest finansową czarną dziurą polskiego kina - gdy rozpoczyna jakiś projekt, to wszystkie instytucje nad Wisłą zajmujące się wspieraniem twórczości filmowej są gotowe zainwestować weń każdą kwotę. Gdyby jeszcze to rzeczywiście procentowało… Niestety, od dłuższego już czasu nie procentuje wcale, tymczasem ważne i przełomowe filmy kręci już zupełnie kto inny. Ważne filmy kręci na przykład Koterski, na przykład Krauze. Wajda już nie. A mężczyznę poznajemy… wiadomo.

Z tego punktu widzenia, Wajda „Katyniem” obronił męski honor.