upstart

Jakoś nikt z ubuntowców się tym nie ekscytuje a moim zdaniem ekscytować się powinniśmy. Jedynie linuxnews.pl zamieścił krótką notkę na ten temat a to zdecydowanie za mało[1]. Idzie nowe, panie i panowie.

Jak zapewne większość z Was wie, matką i ojcem wszystkich procesów w Linuksie jest init. Nieumarły ten demon [2] w większości dystrybucji oparty jest na rozwiązaniach wywodzących się hen, z wczesnych lat osiemdziesiątych, czyli na wielopoziomowym sysvinit. Rozwiązanie to towarzyszy Linuksowi od lat, wielokrotnie też było „łatane” aby sprostać nowym czasom. Bo czasy, drodzy moi, mają to do siebie, że się zmieniają. W czasach nam współczesnych stary init daje sobie radę średnio. Sprawdza się świetnie jeżeli tylko wszystkie urządzenia, które inicjuje są w momencie startu systemu dostępne - problemy zaczynają się, gdy któregoś z nich zabraknie a init przeczyta sobie w skrypcie, że być powinno. Coraz większa ilość najprzeróżniejszych urządzeń jest dziś wpinana poprzez porty USB, nadszedł więc czas na nowe rozwiązania w kwestii zarządzania startem systemu.

Takie rozwiązania oczywiście istnieją. Istnieje przede wszystkim Initng[3], istnieje też pochodzący od Apple launchd. Rozwijany pod skrzydłami Canonical upstart jest w pewnym sensie połączeniem zalet obu tych rozwiązań, ale również wprowadza własne usprawnienia. Przede wszystkim, podobnie jak launchd, upstart bazuje na koncepcji zdarzeń. W odróżnieniu od zwykłego inita, który wykonuje po kolei wszystkie skrypty zawarte w /etc/init.d/rc N[4], upstart reaguje na komunikaty wysyłane przez procesy potomne i na tej podstawie zarządza skryptami uruchomieniowymi. Zdarzeń tych może być praktycznie nieograniczona ilość, każdy proces może bowiem wysyłać do niego własny komunikat. Przykłady:

  • system został uruchomiony,
  • do systemu dodano nowe urządzenie blokowe,
  • zamontowano system plików,
  • upłynął określony termin lub okres czasu,
  • plik uległ modyfikacji,
  • wykryto urządzenie sieciowe.

… i tak dalej, i tak dalej. Znacząco odróżnia to upstart od launchd, który przyjmuje jedynie cztery rodzaje zdarzeń.

Każde zdarzenie ma prosty „cykl życia”:

Stany ujęte w czerwonych ramkach to tzw. „stany spoczynkowe”. W każdym z tych stanów zadanie oczekuje na nadejście zdarzenia, z każdego z nich przejść ono może w inny stan. Trzy pozostałe stany ochrzczono mianem „tymczasowych”. Pozwalają one na uruchomienie przez zadanie skryptu, który powinien wystartować przed rozpoczęciem zadania („uruchamianie”) albo po jego zakończeniu („zatrzymywanie”). Ostatni stan - „ponowny start” - zarezerwowany jest dla usług, które zakończyły pracę przed nastąpieniem zdarzenia, które miało je zatrzymać i pozwala na uruchomienie skryptu poprzedzającego ponowne, automatyczne uruchomienie.

Zdarzenia uruchamiające poszczególne zadania mogą być generowane przez samego demona upstart, wysyłane przez inne procesy oraz przekazywane ręcznie. Komunikacja jest zresztą dwukierunkowa: demon nie tylko odbiera sygnały, ale wysyła również procesom komunikaty stanu.

Upstart ma docelowo zastąpić wszystkie inne demony zarządzające jakimikolwiek zdarzeniami w systemie, zniknąć więc ma cron ale również i inetd. Więcej nawet - ostatecznie upstart ma przejąć obowiązki uruchamiania zadań od wszystkich demonów. Demony w rodzaju acpid czy apmd zamiast samodzielnie uruchamiać skrypty (każdy na swój sposób oczywiście, powodowany odrębną konfiguracją) będą po prostu wysyłały do niego[5] odpowiednie zdarzenia. Cała konfiguracja w jednym miejscu - /etc/event.d/.

Jako się rzekło, upstart rozwijany jest pod skrzydłami Canonical, więc poligonem doświadczalnym stanie się dla niego Ubuntu. Nowy mechanizm zadebiutuje już w kolejnej odsłonie tej dystrybucji - 6.10 Edgy Eft - choć nie będzie jeszcze w pełni funkcjonalny, przede wszystkim zaś nie będzie jeszcze wymagał od pozostałych procesów nowych metod komunikacji. Wersja Edgy+1 (kwiecień 2007) nie będzie już używała crona, anacrona oraz inetd, do wersji Edgy+2 (październik 2007) nie trafi już żaden nowy pakiet, który nie będzie potrafił współpracować z upstart. Ambitnie. Jeżeli ktoś bardzo chce pobawić się nim już teraz, proszę bardzo: pakiet „upstart” leży w repozytorium Universe Edgy’ego.


Przypisy:

  1. o, pardąsik, dobreprogramy.pl też coś opublikowały []
  2. nie można go ubić poprzez SIGKILL []
  3. którego możecie sobie w bardzo prosty sposób zainstalować w Ubuntu []
  4. gdzie N jest numerem poziomu uruchomienia systemu []
  5. poprzez D-BUS, choć w tej chwili upstart wykorzystuje własny mechanizm IPC []

Starsza pani musi umrzeć

Dlaczego musi? No bo jak stanie się uboższa o 1400 złotych, to pewnie zejdzie z głodu. Jaka starsza pani? Ano ta, co sądziła się z Ministrem Od Wanny. Dziś zapadł wyrok w tej sprawie. Babcia ma przeprosić Wielkiego Budowniczego Gazociągu, zapłacić mu 1000 peelenów, zwrócić mu koszty sądowe (300 zł) oraz sama takowe ponieść (100 zł). Sądowi gratulujemy poczucia humoru.

Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że pójdzie od tego apelacja i sąd wyższej instancji wyrok uchyli. Jeżeli tak się nie stanie… Cóż. Takie prawo i taka sprawiedliwość.

Wywiad z ojcem Geralta

Skończyłem „Historię i fantastykę” - zapis rozmów Andrzeja SapkowskiegoStanisława Beresia. Żaden ze mnie fan tantasy, ale Sapkowskiego bardzo lubię i uważam go za najlepszego polskiego pisarza praktykującego „literaturę popularną”, cokolwiek to oznacza. Do tego mamy podobne spojrzenie na świat i Polskę w szczególności, podobne poczucie humoru chyba również. Zauroczony jestem, co tu kryć.

Podczas lektury podkreślałem sobie co lepsze fragmenty z myślą o tym, żeby się z wami później podzielić. W końcu to pierwszy wywiad-rzeka z Sapkiem, w dodatku nie ograniczający się tylko do historii i fantastyki, pozwala zatem na wyrobienie sobie zdania co do życiowej filozofii pisarza. Trochę tego jest, więc całość podzieliłem na strony - na każdej stronie jeden cytat. Lecimy.

O narodzie wybranym i miejscu Polski w Europie:

W pana prozie nie ma państw niewinnych, każde jest unurzane w jakiejś podłości lub złu. Trudno tego nie dostrzec w kraju, który wyprodukował utopię Polski niewinnej i ukrzyżowanej. Czy to oznacza Pana rezerwę wobec mesjanizmu i roli, jaką pełniło w naszej historii wyobrażenie Polski jako Chrystusa Narodów?
Pytam o to, bo kiedyś młody historyk francuski, mniejsza o jego nazwisko, zagadnął mnie - w publicznej dyskusji na temat polskiego mesjanizmu - czy wiem, co w normalnych krajach robi się z facetami, którzy twierdzą, że są Chrystusem. Ja mu na to, że zamyka się ich w maisons de fous, ale co zrobiłby z całym narodem, który tak uważa. On na to bezceremonialnie: „zakład musi być odpowiednio większy„. Czy pan także uważa, że ta ofiarnicza filozofia kwalifikuje nas Polaków do domu wariatów? I czy uważa pan, że już się z niej wyleczyliśmy.

Pan przesadza i Francuz przesadza. Wystarczy maisons de fous całkiem standardowych rozmiarów. Lub kilka takich maisons. Nieduża, acz obejmująca terytorium sieć. Znikoma albowiem część narodu polskiego wyznaje ofiarniczy mesjanizm i przekonanie o byciu narodem wybranym. Większość - ta rozumna i w związku z tym do domów wariatów się nie kwalifikująca - zdała już sobie dawno sprawę z faktu, że żaden z nas Mesjasz, żaden Winkelried, ba, nawet za pawia i papugę robić nie możemy, będąc zdecydowanie za mało kolorowi i interesujący. Wszyscy przytomni luzie dostrzegli już, że we wsi zwanej Europą jesteśmy za stodołą. A nasz mesjanizm, nasz winkelriedyzm jeszcze dalej - za tym mianowicie przybytkiem, który za stodołą stoi a w drzwiach serduszko ma wycięte. I dobrze zresztą, że tam jest - bo tam i jego miejsce.

Ale ilekroć przychodzi jakaś wojna czy okupacja, z miejsca wraca i znajduje wyznawców.

strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Wierzę w jednego E.T., Ojca wszechmogącego…

Przeczytałem, że Watykan szuka życia na innych planetach. Od długiego czasu nie daje mi spokoju myśl o konfrontacji jakiejkolwiek ludzkiej religii z pozaziemską cywilizacją. Nasze możliwości techniczne są póki co na tyle skromne, że na własną rękę niczego przez czas dłuższy nie znajdziemy, pierwsza cywilizacja jaką być może poznamy sama nas znajdzie. Ergo - będzie ona stała na wyższym poziomie rozwoju niż my sami. Jeżeli przywlecze ze sobą własny system wierzeń, to w błyskawicznym tempie zdominuje on wszystkie ziemskie religie, a szczególne sukcesy będzie święcił w Polsce, gdzie religijność jest bardzo powierzchowna. Jeżeli okaże się, że Obcy są niewierzący, to jeszcze gorzej - wszystkie religie praktycznie przestaną istnieć. Czy Watykan ma scenariusz na taką sytuacje? Czy papieże nie mogą od tego spać po nocach? Czy pamiętają co stało się z wierzeniami Majów i Azteków? Czy przeraża ich myśl, że zawołanie „Habemus papam!” może mieć kiedyś zupełnie innego adresata? Czy w ogóle jakaś religia (w znaczeniu masowego ruchu rzecz jasna) doczeka czasów, gdy na ziemskiej orbicie pojawią się przysłowiowe „zielone ludziki”?

Ot, takie niedzielne rozważania bez puenty.

GNOME 2.16

Czekam, czekam, czekam… Żaden ze znanych mi bloggerów nie pisze nic o nowym GNOME. Cisza. A przecież już kilka dni temu Chris Duckett przedstawił nowości, które pojawić się mają w wersji 2.16. Nikt się nie garnie do przedstawienia ich polskojęzycznej publiczności? Trudno. Ja to zrobię.

Nowa odsłona mojego ukochanego desktopu będzie miała po pierwsze poprawiony zestaw domyślnych ikon. Mnie to akurat średnio wzrusza, bo od jakiegoś czasu jestem zaprzysięgłym fanem znakomitej pracy wykonywanej przez ludzi zgromadzonych wokół projektu Tango, ale być może dla kogoś ma to znaczenie.

Nowa wersja Evolution będzie intensywnie korzystać z biblioteki Cairo, dzięki czemu program jeszcze bardziej nam wypięknieje. Oprócz Cairo Evolution zyska również kilka innych, mniejszych usprawnień, szczególnie w kalendarzu.

Nowe Metacity to przede wszystkim zmiany w kodzie compositora (jest jakieś tłumaczenie tego pojęcia na polski?). Dodatkowo, nowy skrót Alt+F6 będzie umożliwiał przełączanie się między oknami wybranej aplikacji w ten sam sposób, w jaki przełącza się okna różnych aplikacji (Alt+Tab).

Pasek zadań w GNOME 2.16 umożliwia przenoszenie za pomocą myszy poszczególnych aplikacji do wybranego pulpitu. Bardzo ciekawy ficzer, zobaczymy jak to się będzie sprawdzało w praniu.

Częścią nowych okienek staje się Tomboy - bardzo przyjemny w użyciu program emulujący słynne „żółte karteczki” 3M, pozwalający tworzyć notatki zbliżone składnią do szablonów Wiki.

„Bug Buddy” to kolejna nowość - narzędzie do automatycznego zgłaszania błędów oprogramowania wprost do gnomowej Bugzilli. Wymaga trochę dopracowania bo póki co za jego pośrednictwem można łatwo nakarmić harvestery swoim adresem mailowym.

Poprawione zostało wyszukiwanie za pośrednictwem Yelpa. Doceniam, choć nie używam. Podobnie ma się rzecz ze Deskbarem.

Drobnych modyfikacji doczekał się Totem, czyli mój ulubiony odtwarzacz prawie do wszystkiego. Szkoda że drobnych, bo mam apetyt na większe zmiany w tym programie.

Na koniec kilka drobnostek: przeglądarka wygaszaczy ekranu ma tryb pełnoekranowy, File Roller oznacza pliki chronione hasłem gustowną ikonką kłódki, Terminal potrafi posłużyć się prawdziwą przezroczystością (jeżeli jest dostępna), wreszcie Nautilus w oknie właściwości plików i folderów wyświetla kontekst SELinuksa. Zmieniono zresztą wygląd całej zakładki „Uprawnienia”.

Jak widać deweloperzy metodą drobnych kroków zmierzają w z góry ustalonym kierunku. Robią to systematycznie i wytrwale. Wiem, że niektórych GNOME drażni - pewnie tak samo, jak mnie drażni KDE :) Całe szczęście, że Linux is all about the choice, więc ci, których drażni, niekoniecznie muszą to wyrażać w komentarzach.