Dwa lata

Swoje dokonania szkolne pamiętam jako ciąg nieustających zadziwień. Dziwiło mnie przede wszystkim to, że o czymś miałem pamiętać, coś miałem zrobić. Często-gęsto miałem tak, że pojawiając się rankiem w murach ukochanej placówki edukacyjnej dowiadywałem się z pewnym takim zaskoczeniem, że dziś mam sprawdzian, miałem zrobić karmnik czy przynieść ekierkę. I tak leciał rok za rokiem a ja, pomimo tych wpadek, jakoś przechodziłem z klasy do klasy.

Właśnie, a propos roku za rokiem… o czymś zapomniałem. Blogusiowi poleciał drugi roczek, siódmego marca.

A teraz, uwaga, będę przyjmował hołdy.

Bo Ubuntu to seks

Jako że upadł właśnie w Sejmie Rzplitey pomysł na wprowadzenie całkowitego zakaz pornografii (gdzie pornografia = „wszystko, co wywołuje podniecenie seksualne”), mogę z czystym sumieniem zaprezentować erotyczną stronę Ubuntu. Dystrybucja ta położyła wielkie zasługi na polu deprawacji młodych umysłów, atakując świat pamiętanym być może przez emerytów ekranem logowania GDM.

Ekran logowania Ubuntu Warty Warthog

To jeszcze jednak nic. Prawdziwa cywilizacja śmierci wychynęła zza ekranów w postaci splasha GNOME.

Splash Ubuntu Warty Warthog

Niestety (stety dla Marszałka Dwojga Imion) obecne wydania tej dystrybucji nie dość że zerwały z erotycznymi podtekstami, to jeszcze wzięły wyraźny kurs prorodzinny.

Zdjęcie z ekranu logowania Ubuntu Edgy Eft

Aż dziw, że Człowiek Zwany Koniem nie nakazał jeszcze wymiany wszystkich szkolnych Windowsów na Ubuntu właśnie. Poważne niedopatrzenie.

No nic, Canonical wygrzeczniało, ale połączone siły sprośności i deprawacji żyją w Internecie. Zaczęło się niewinnie:

A fuj

Potem było już coraz gorzej. Zapewne wszyscy znają klasyczny już remake ekranu logowania?

A fuj

A taki remake?

A fuj

Ten też jest niezły:

A fuj

A wszystko to, bo przecież…

A fuj

WOW starts here

Nie będzie o Viście. Będzie o filmie, czyli o czymś, czego dawno już na łamach blogusia nie było. Filmów w zasadzie nie oglądam - telewizor od jakiegoś czasu służy jako odbiornik stacji MiniMini, do kina nie chodzę, bo szanuję własne cztery litery a i jedzących ludzi mogę sobie pooglądać w takim na przykład McDonaldzie i mam to za darmo a nie za 15 zł. Zapewne to właśnie wyposzczenie spotęgowało wrażenie, jakie wywarł na mnie film fabularny produkcji polskiej w reżyserii małżeństwa Krauze. Mowa o „Placu Zbawiciela”.

plakat z filmu

Wszem i wobec ogłaszam zatem, że polskie kino potrafi być wielkie. Dzięki takim ludziom jak Marek Koterski czy właśnie Krzysztof Krauze, którzy jakimś cudem w tym kraju powszechnej niemocy potrafią znaleźć dobry scenariusz, dobrych aktorów, pieniądze a potem połączyć to wszystko w jedną całość. Pokazują że da się, że można, że trzeba. Że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.

Pani i Pan Krauze nakręcili film wybitny. Koniec, kropka. Wszyscy, którzy we wdzięcznej pamięci zachowali „Dług” powinni rzucić wszystko, po czym jak najprędzej udać się do najbliższej wypożyczalni i zagrozić strajkiem głodowym jeżeli natychmiast nie dostaną płyty z „Placem Zbawiciela”. To jest kawał mocnego, niszczącego siłą przekazu i nie pozwalającego się zapomnieć kina. Pomysł w zasadzie banalny - bierzemy „Dług” (ludzka tragedia, która dotknąć może każdego z nas) i kręcimy go jeszcze raz. Ha! Cała sztuka zawiera się w ostatnich słowach poprzedniego zdania: „kręcimy go jeszcze raz”. Powielać z sukcesem własne pomysły i przeskakiwać ustawioną przez siebie poprzeczkę potrafi nie tylko Koterski - Krzysztof Krauze pokazał, że może po raz drugi nakręcić taki sam film i zrobić to po prostu genialnie, w absolutnie niepodrabialnym stylu.

Nienawidzę streszczeń, więc tu go nie popełnię. Napiszę tylko, że jest to dramat przez wielkie „D” i coś mi się wydaje, że osoby o słabych nerwach powinny zasięgnąć przed seansem porady specjalisty. Wydaje mi się również, że ten „Dług bis” jest lepszy niż pierwowzór, pewnie dlatego że opowiada o sytuacji jeszcze bardziej prawdopodobnej, w jeszcze bardziej niepokojący sposób realnej dla wielu z nas. Na pewno zaleciłbym ostrożność w doborze współoglądaczy - kobiety mogą nie dotrwać do końca. Uwierzcie, mimo wszystko warto. Jak cholera warto, bo tak dobre filmy zdarzają się nad Wisłą coraz rzadziej.

Odrębny akapit chciałbym poświęcić obsadzie. Nie są to postacie z panteonu polskiego aktorstwa, ale czym prędzej powinny się tam znaleźć. Jowita Budnik w roli Beaty dała ognia ze wszystkich dział - jest po prostu fantastyczna, wielka, cudowna. Brak mi słów. Partnerujący jej Arkadiusz Janiczek (Bartek) i Ewa Wencel (Teresa) nie są dla Jowity w żadnym razie jedynie tłem - oglądamy trzy znakomite role, zagrane tak, że lepiej się chyba nie dało. Naprawdę, naprawdę standing ovation dla tych państwa, chylę czoła i podam na kolana. Nie oceniajcie polskich aktorów wedle seriali, w których grają. No, nie wszystkich w każdym razie.

Większość ludzi żyje w cichej rozpaczy (Henry D. Thoreau). „Plac Zbawiciela” jest dokładnie o tym. Przejrzyjcie się w lustrze.

Piątka ze zmartwychwstania, czwórka z niepokalanego poczęcia

No i luzik.

Będzie dobrze, Polsko

Droga Polsko, piszę do Ciebie, bo dziś stało się coś, co niezmiernie podniosło mnie na duchu. Dziś zdałem sobie, sprawę, że młode pokolenie będzie Ci pociechą, podporą i generalnie supportować Cię będzie na - jak to się teraz mówi - maksa. Będziesz drugą Japonią, wróć, co tam Japonia, Ty będziesz Japonią, Koreą i Estonią w jednym. Przodownicą pracy.

Skąd ta pewność? Przyznam się do pewnej słabości: czasami przeglądam Joggera. Dziś właśnie znalazłem tam dowód na to, że młodzi Polacy są inni. Inni od swoich poprzedników, lepsi, bardziej pracowici, zorientowani na cele i te cele osiągający. Ambitni. Stroniący od używek. Focus, focus, focus!

Trafiłem na jog Burzyka. Przyciągnął mnie tam tytuł ostatniej notki: „Lutowanie w piwnicy u Jasia”. Aż jęknąłem. Chcąc się przekonać jak nisko upadła polska młodzież, zacząłem czytać.

No i jak oznajmiłem we wcześniejszym poście byłem dzisiaj u Jasia i lutowaliśmy

Ech, Polsko, żeś Ty nie słyszała jęku mojej duszy… Ona, ta dusza, zawodziła przewidując jakich katuszy doświadczy w zderzeniu z mrocznymi wynurzeniami pokolenia dzwonków, tapet i gier jawowych. I wtedy właśnie stało się TO.

lutowaliśmy radio.

Oslupiałem, droga Polsko. Zwyczajnie, po prostu, żelbetonowo osłupiałem.

Co prawda nie udało się nam, gdyż: filtr LC nie chciał działać, wzmacniacz jakoś też odmówił posłuszeństwa, transformator był zepsuty pralka się zacięła, wideo wybuchło a zupa była za słona ;-) Po prostu wszystko co tylko mogło zawiodło, łącznie z kablami od mierników. Bilans na dzisiaj to trzy urwane końcówki woltomierza ( pozdrowienia dla Tobiego ;-) )Oprócz tego każdy z nas poparzył się grotem lutownicy, nie wliczając to poparzeń od palących się oporników. Pociecha w tym taka, że teraz następnym razem może być chyba tylko lepiej ;-)

Oto Twa młodzież, albo raczej Młodzież. Lutuje w piwnicy! Radia! Mało tego:

Niestety dzisiaj nie udało mi się zaprogramować prostownika dwu połówkowego prądu zmiennego w oparciu o procesor dźwięku Texas Instruments tak jak wczoraj, ale też było bardzo fajnie :D

Mało że lutują! Programują! Tak, Polsko, to idzie nowe, to idzie młodość!

Jednocześnie chciałbym przeprosić Cię, Ojczyzno, za żenującą postawę mojego pokolenia, które w piwnicach może i lutowało częściej, ale jakby mniej produktywnie. O programowaniu taktownie nie wspominam.

PS: Autora pozdrawiam serdecznie, proszę się nie denerwować.