Warto rzucić okiem

Nastała kanikuła. Niektórzy wykorzystują ten czas do nadrabiania zaległości filmowych - dla tych właśnie niektórych mam trzy propozycje.

Jeden z faworytów do tegorocznego Oskara i to nie dlatego, że to wybitny film jest. Jest bardzo dobry. Wybitny jest za to Forest Whitaker i to on właśnie dostał za tę rolę Oskara (plus kilkanaście innych nagród również). O czym jest „Ostatni król”? O politycznej naiwności i o cenie, którą się za tą naiwność płaci, nie zawsze samemu. Historia młodego szkockiego lekarza, chłopaka świeżo po studiach, który powodowany ideałami trafia do Ugandy akurat podczas wojskowego przewrotu. Tamże poznaje nowego władcę kraju, Idiego Amina (w tej roli Whitaker). Będąc młodą i głupią dziewczynką, nasz Szkot zostaje osobistym lekarzem dyktatora i tak staje się człowiekiem władzy, z wszystkimi tego faktu konsekwencjami. Historia jest oczywiście całkowicie fikcyjna, chociaż Amin jest postacią historyczną, jednym z największych katów Afryki. On naprawdę chadzał w kilcie, planował „wyzwolenie” Szkocji spod panowania brytyjskiego i generalnie nie wszystkie klepki miał w porządku. Scenariusz swobodnie poczyna sobie z postacią dyktatora, ale gdyby trzymał się ściśle historycznych faktów, film nie byłby tak dobry.

Dobry zaś jest przede wszystkim dlatego, że nie trzyma jednego stylu. Zaczyna się trochę jak komedia, luzacko, co podkreśla jeszcze rockowa muzyka z epoki. I właśnie gdy wszystkim wydaje się, że będzie to historia głupiego Jasia z Glasgow, Amin zmienia wizerunek. Z poczciwego misia staje się obłąkanym, niebezpiecznym grizzly. Człowiekiem kompletnie nieprzewidywalnym, kierowanym emocjami i grymasami, potem już po zwyczajnie obłąkanym. I nie, nie jest to przejście nagłe. Postać zmienia się ze sceny na scenę, czasami robi przysłowiowe dwa kroki do przodu, by za chwilę cofnąć się o trzy do tyłu. Za pokazanie tej właśnie przemiany należą się Whitakerowi wielkie brawa. Zagrał to znakomicie, jedna z najlepszych jego ról, choć ja wciąż wspominam go miło z „Ghost Doga”. Co niektórzy (ci, którzy wyłączają lektora) docenią też jak rodowity Amerykanin mówi po angielsku z akcentem ugandyjskim - coś przepięknego. Nic to jednak przy szkockim angielskim Jamesa McAvoya, to jest dopiero harcore.

Ciekawostka: w filmie pojawia się (tylko na początku) Gillian Anderson, czyli Dana Scully z wiadomego serialu.


Plakat z filmu Szkolny chwyt„Half Nelson” to film amerykański, bez dwóch zdań. Wyreżyserowany w Ameryce, obsadzony przez Amerykanów, traktujący o Ameryce. Mimo tego przez całą projekcję nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam produkcję europejską. Leniwa narracja, senna atmosfera, gra nastrojami, czasami całe sceny bez słowa. Zupełnie jak na Starym Kontynencie. Fabuła? Zdecydowanie prosta. Historia nauczyciela, niedoszłego pisarza, który pracuje w podrzędnej publicznej szkole i w przerwach między lekcjami historii zażywa różne środki, po czym włóczy się tu i ówdzie. Powiecie: film o niczym. W pewnym sensie, ale jak opowiedziany! Prawdziwie niezależna produkcja, zrobiona za marne 700 tysięcy dolarów (w „Szklanej pułapce 4.0″ tyle pewnie kosztował sam catering), która doczłapała się do Oskarowej gali.

Film jest fajny dlatego, że trzeba go sobie samemu opowiedzieć, w pewnym sensie przynajmniej. W scenariuszu są spore wyrwy, które widz musi w pewnym momencie zastąpić własną wyobraźnią, jeżeli chce to wszystko poskładać do kupy. Co gryzie Dana Dunna? Dlaczego ma takie a nie inne relacje z rodziną? Dlaczego wpada w spiralę samozagłady? Dlaczego, dlaczego, dlaczego…

Nie ma w tym filmie łatwych odpowiedzi. Nie bardzo wiadomo jak brzmią pytania. To jeden z tych obrazów, w których scenariusz jest sprawą drugorzędną, w których liczą się obrazy, nastroje, emocje. Jeżeli ktoś jest w stanie zaakceptować takie założenia, ten nie będzie zawiedziony. Ryan Gossling otworzył sobie właśnie drogę do kolejnych dużych ról. Jest naprawdę dobry, taki amerykańsko-europejski, zblazowany i anemiczny, ale interesujący. Partnerująca mu Shareeka Epps również ma przed sobą przyszłość, o ile będzie miała wystarczająco dużo szczęścia, rzecz jasna.


Nie, nie zobaczycie plakatu. Plakat jest obleśnie cukierkowy, czego film stara się jako-tako unikać. Gdyby wyreżyserował go Amerykanin, to by go prawdopodobnie zarżnął. Na szczęście Will Smith, który był tutaj producentem, ściągnął sobie z Europy Włocha, który miał nawet początkowo duże problemy z zakomunikowaniem amerykańskiej ekipie o co mu konkretnie chodzi - wszystko przez fatalną znajomość angielskiego. Paradoksalnie, wyszło to temu obrazowi na dobre.

„W pogoni za szczęściem” jest modelowym przykładem filmu do zarżnięcia. Do zarżnięcia z punktu widzenia kogoś, kto ogląda coś ponad aktualne „top ten” filmowych list przebojów - amerykańska widownia prawdopodobnie tak czy siak piałaby z zachwytu. Dlaczego? Bo film jest na wskroś amerykański, oparty na wałkowanej do bólu pośladków historii from zero to hero. Historia self-made mana, w dodatku, o zgrozo, „oparta na faktach”, choć jak sądzę autobiografia Chrisa Gardnera jest solidnie wybielona. Historia, jaką kochają tłumy, podparta solidnym budżetem, „wzbogacona” debiutującym dzieckiem gwiazdy - słowem: nie ma bata, żeby tłumy na to nie ruszyły. Czy to się w ogóle da oglądać?

Da się, panie i panowie. Z jednego powodu - dla Willa Smitha.

Muszę się wytłumaczyć z jednej słabości: ja tego gościa lubię. Lubiłem go nawet wtedy, gdy w „Dniu Niepodległości” walił kosmitów w mordę i owijał się gwiaździstym sztandarem. Mam słabość po prostu. Zawsze miałem przy tym nadzieję, że ten aktor wyrwie się z zaklętego kręgu takich samych ról, tak jak wyrwał się z niego kiedyś Jim Carrey. No i doczekałem się. „W pogoni za szczęściem” jest chyba pierwszym filmem Smitha, w którym nie gra on rezolutnego wesołka, co to i przyłożyć potrafi i zastrzeli gdy musi.

Facet ratuje cały film. Ratuje go dlatego, że nie czyni z Gardnera spiżowego posągu, ojca-desperata, który zasypia i budzi się z imieniem dziecka na ustach. Jest w pewnym sensie sobą, gdzieś tam w tle czuć jego komediowe doświadczenie. Nie jest płaski, nie jest banalny, nie jest heroiczny. Jest całkiem zwyczajny i nie jest przy tym gwiazdą. Naprawdę bardzo, bardzo przyzwoita rola.

Polecam wszystkim rodzicom. Do obejrzenia w sobotni wieczór, dobrze mieć pod ręką spory zapas chusteczek, bo takie historie każdego rodzica kompletnie psychicznie rozkładają. Tak, facetów też.

Buy, buy, buy

Veni, vidi, vici

Your life. In a small, plastic case.

Postęp, panie

Oto dowód na to, że oprogramowanie - zwłaszcza to wolne - ewoluuje w tempie geometrycznym, czy nawet wykładniczym. Spójrzmy, co potrafił program ar jeszcze jakiś czas temu:

% ar m God
ar: God does not exist

A dziś? Dziś potrafi znacznie więcej:

$ ar m God
ar: creating God

Fiat GNU GPL

I rzekł święty IGNUcy: Niech stanie się GNU GPL. I stało się GNU GPL. I zobaczył IGNUcy, że było to dobre i zrobił raz, dwa, trzy wersje.
RMS prawi

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

PS Zdezorientowanym wyjaśniam, że po łacinie Fiat lux oznacza Niech stanie się światło.

Dzisiejszy Garfield jest o mnie

Garfield leży i myśli