In The Flesh

Re-we-la-cja. Nigdy nie widziałem Watersa na żywo i teraz bardzo tego żałuję. Jego „In the Flesh” - amerykański koncert z 2000 roku - jest, jak to się teraz powiada, porażający.

Klatka z zapisu koncertu

Roger wraz z kolegami gra jak drugi Pink Floyd. „Jak” nie znaczy przy tym „tak samo”. Widać, że dobrał sobie profesjonalistów najwyższej klasy. Druga część „Another Brick In the Wall” najlepszym tego przykładem, w czym szczególna zasługa damskiego chórku, który jest po prostu wyśmienity i który jest traktowany tutaj jako jeszcze jeden instrument i to instrument bardzo istotny. Jedyne czego brakuje, to może gitary w „Comfortably Numb” - wersja Watersa jest rozpisana na dwa instrumenty i choć brzmi ciekawie oraz świeżo, to jednak do solówki Gilmoura z koncertu w Earls Court trochę jej brakuje.

Klatka z zapisu koncertu

Różnica między Gilmourem a Watersem jest zresztą taka, że ten pierwszy jest lepszym gitarzystą, a ten drugi wokalistą. Gilmour, jak przystało na angielskiego dżentelmena, wykonuje partie wokalne z widocznym dystansem i bez zaangażowania, Waters ma znacznie większą charyzmę i na scenie po prostu działa jak magnes. No, ale jak David dotknie strun, to nie ma zmiłuj. Mistrzostwo świata.

Klatka z zapisu koncertu

Co zagrano? Wybrane, najlepsze części z „Animals”, „The Wall”, „Wish You Were Here”, „Dark Side of the Moon”. To okres floydowski. Z solowych dokonań Watersa zwracam uwagę na złożony z czterech utworów fragment „Amused To Death”. Jak usłyszałem nałożony na początek pierwszej części „The Perfect Sense” głos umierającego HAL’a, to mi się po prostu ugięły kolana. Fantastycznie to zabrzmiało. Cały występ trwa dwie i pół godziny, więc nie tylko to zabrzmiało fantastycznie. Ot, chociażby cały fragment poświęcony Sydowi Barettowi (najlepsze „Shine On You Crazy Diamond”, jakie kiedykolwiek słyszeliście).

Klatka z zapisu koncertu

Zwraca uwagę przygotowanie koncertu. Nie jest to impreza tak momumentalna, jak występy Pink Floyd, ale do wydania DVD producent podszedł bardzo profesjonalnie. Przede wszystkim - znakomity dźwięk! Uwagę zwraca również realizacja, praca kamery i montaż - bardzo oszczędne, bez fajerwerków, ale pozwalające się skupić na muzyce. Zdecydowanie jeden z najlepiej zrealizowanych koncertów, jakie widziałem.

Klatka z zapisu koncertu

Bardzo, bardzo, bardzo polecam. Autor jednego z komentarzy na Merlinie stwierdził, że gdyby ktoś się wahał między „Pulse” i „In the Flesh”, to lepszy jest ten drugi. Zgadzam się w całej rozciągłości.

Klatka z zapisu koncertu

O Lemie nigdy dość

Prawda? Skoro tak, to dlaczego by nie przeczytać znakomitego tekstu Elżbiety Binswanger-Stefańskiej. Dla każdego wielbiciela twórczości Wielkiego Polaka (tak, z przekąsem) rzecz obowiązkowa.

W odpowiedzi na końcowe rozterki autorki mogę napisać tylko tyle: o przyszłość myśli Lema nie ma się co obawiać. Mam dziwną pewność, że lemowe memy będą się rozprzestrzeniać, co więcej - z upływem czasu będą to robiły coraz szybciej i skuteczniej, szczególnie tutaj, nad Wisłą.

Jednego żałuję: że przez jego całą spuściznę przebiję się nie wcześniej, niż na emeryturze. Może i dobrze? Wtedy to będzie miało dodatkową wartość terapeutyczną.

Walta Ubuntu opisanie

Czekam, czekam, czekam. Nic. Ani słowa na polskiej planecie Ubuntu. Skąd ta zastanawiająca cisza? Tłumaczę to tym, że mało kto w Polsce wie kim jest Walter Mossberg.

Gdyby Jezus Chrystus narodził się w roku 1947 i na boku dorabiał jako dziennikarz zajmujący się rynkiem IT, to nazywałby się Mossberg właśnie. Walter od 1970 r. pracuje w Wall Street Journal, od 1991 roku, co czwartek, ukazuje się jego kolumna Personal Technology, regularnie pojawia się też w innych mediach. Wynosi na piedestał lub niszczy jednym tekstem. Wired nadało mu tytuł „The Kingmaker”, który jest dostatecznie obrazowy. Tenże Mossberg zawiesił ostatnio oko na Ubuntu.

Nie będę się rozpisywał, bo werdykt jest prosty Even in the relatively slick Ubuntu variation, Linux is still too rough around the edges for the vast majority of computer users. Nie żeby mnie to zmartwiło, bo jest w tym sporo racji i nawet Mark przyznał się Waltowi, że it would be reasonable to say that this is not ready for the mass market. Nie o to chodzi. Chodzi o sam fakt, że Linux przebił się do Wall Street Journal, oraz że - uwaga - recenzji Ubuntu domagali się czytelnicy, a nie są to brodaci hakerzy w t-shirtach, tylko solidna klasa średnia, na co dzień łażąca pod krawatem i w garniturach od Gucciego, czy co tam teraz jest na topie.

Nie ważne, co o tobie piszą, byleby pisali, powiada ludowa mądrość. To może akurat nie ten przypadek, bo Walt systemu nie zniszczył, nie pognębił, nie przekreślił. Ważne, że w ogóle go zauważył. Jest to powód do zadowolenia.

Mój JID się zmienił

Mój dotychczasowy serwer - jabber.autocom.pl - będzie działał tylko do końca roku. Od pierwszego stycznia dostępny będę tylko pod nowym adresem: byte@jabster.pl. Wysłałem już prośby o autoryzację do wszystkich moich kontaktów, jeżeli ktoś przegapił jakimś cudem to powiadomienie, to proszę dodać mnie do rostera z nowym JID-em. Konto byte@jabber.autocom.pl będzie czynne do 31.12, ale ci, którzy już mnie autoryzowali pod nową postacią zauważą, że stary namiar już się nie łączy. Oznacza to jedno - wyrzuciłem ich u siebie, więc i mnie można wywalać.

Pardon za zamieszanie, ale siła wyższa :)

Nerda po czterdziestce obrazek własny. Plus Ubuntu przebija Jezusa.

Wszyscy dookoła robią sobie nerdtesty. Żeby zostać dobrym nerdem trzeba - między innymi - kochać miłością prawdziwą a płomienną sf, komiksy i seriale o kolesiach w obcisłych mundurkach niosących prawo i sprawiedliwość po najdalsze zakątki Wszechświata. OK. Pytam się w takim razie, czy tak wygląda nerd po czterdziestce?

Wziąłem sobie stąd.

Z zupełnie innej beczki i zupełnie innej strony wziąłem sobie coś takiego: