Bóg istnieje

Mistrzowie rozpaczy i mistrzowie nadziei. Kłamstwa Woltera i Rousseau, przerażenie Pascala, ciemność Kafki, rozpacz Sartre’a i Camusa, zagubienie Witkacego, Gombrowicza i Mrożka. A z drugiej strony najgłębsza z możliwych wiara w człowieczeństwo Maksymiliana Kolbego, heroizm Edyty Stein, dobroć Alberta Chmielowskiego, wewnętrzny pokój Matki Teresy, wielkość Jana Pawła II. Uczestnicy kultury rozbitej i kultury integralnej. Szermierze ironii i głosiciele prostoty. Nie kiczu i żenady: prostoty JPII, która pociągała serca milionów młodych. Tak wyczulonych na każdy przejaw braku autentyzmu. Dwa humanizmy. Chrześcijański i oświeceniowy. Dwie kultury. Życia i śmierci.

Robert Tekieli, „Wkrótce jubileusz”, Gazeta Polska, 19 września 2007.

Bóg istnieje. Właśnie odebrał rozum Tekielemu.

Bollywood w rozkwicie

Powiem tak: leżę.

Zalegalizuj Ubuntu!

Dokładnie. Na wypadek gdyby ktoś zapomniał seriala.

SVG do wzięcia stąd.

Jest już polska wersja.

Mozilla Prism

25 października Mozilla ogłosiła, że projekt WebRunner zmienia nazwę na Prism. Zmiana nazwy rzecz dobra, bo jak to określił Alex Faaborg:

As much as I love geeky references, (especially recursively geeky references), we have to remember that most people aren’t going to semantically disambiguate terms the same way we do. For mainstream users, “running” means faster than jogging, and similarly “execution” involves killing people.

Zmiana nazwy miała jeszcze jedną zaletę: uświadomiła mi samą ideę. Nazwa WebRunner obijała mi się o uszy od czasu do czasu, ale nigdy jakoś nie próbowałem się wczytać w cele tego projektu.

O co zatem chodzi? O to mniej więcej, żeby aplikacje webowe, takie jak Gmail, Google Reader czy Flickr w jak największym stopniu zintegrować z pulpitem przeciętnego Kowalskiego. Przeciętny Kowalski odbiera dziś bowiem takiego na przykład Gmaila jako stronę, którą trzeba odwiedzić posługując się przeglądarką, zalogować się i dopiero korzystać. Po wszystkim należy się wylogować i zamknąć okno przeglądaki. Mozilla proponuje: zapomijmy o przeglądarce. Niech aplikacje dostępne online staną się z punktu widzenia użytkownika do nie odróżnienia od tych samodzielnie instalowanych w systemie. Niech użytkownik kliknie na ikonkę w menu Start, pasku szybkiego uruchamiania, na pulpicie, doku, gdziekolwiek. Niech otworzy się okno, które załaduje z sieci kod potrzebny do uruchomienia i niech pracuje się z nim, jak z każdą inną aplikacją. Żadnych „wstecz”, „naprzód”, „zatrzymaj”, „ulubionych”. Okno, w nim program. Na przykład tak:

To okno to w rzeczywstości silnik renderujący Firefoksa, ściślej: XULRunner.

To jest dokładnie to, co w tej chwili potrafi Prism: utworzyć we wskazanym przez użytkownika miejscu skrót do aplikacji online i uruchamiać go w oddzielnym oknie. Po zainstalowaniu pakietu i jego uruchomieniu pojawia się takie coś:

A tak to ma wyglądać docelowo:

Prism ma zostać wbudowany w przeglądarkę, użytkownik więc po natrafieniu w sieci na jakiś ciekawy serwis, który chciałby mieć dostępny „pod ręką” po prostu przechodzi do opcji Convert to application, odklikuje co trzeba i gotowe.

W polskiej części sieci natrafiłem już na kilka komentarzy w rodzaju Czym to się różni od Active Desktop (wszystkim) czy No dobrze, w czym to jest lepsze od skrótów do strony na pulpicie? Na drugie pytanie odpowiedź brzmi: póki co różnica jest estetyczna, ale projekt nabiera rumieńców. Prism ma w przyszłości oferować mechanizm pracy offline oraz dostęp do akceleracji 3D. Wyobrażacie sobie aplikacje, które to wykorzystują, zwłaszcza w kontekście takich projektów jak IronMonkey (obsługa kodu Pythona i Ruby’ego w silniku Tamarin)? Osiągnięcie możliwości pracy bez połączenia z siecią nie wydaje się dalekie, bo przecież Google Gears istnieje i ma się dobrze, relacje na linii Google-Mozilla są co najmniej bardzo dobre a kod jest otwarty. Marzy mi się jeszcze zintegrowanie OpenID i nadanie mu statusu standardowej metody logowania.

Prism podobny jest nieco do Adobe AIR (przy czym ten pierwszy pozwala na przekształcenie dowolnej strony w aplikację pulpitową), w mniejszym stopniu do Silverlight Microsoftu. Kto wygra ten wyścig, zobaczymy. Trzymam kciuki za Mozillę.

Na koniec osobista refleksja: do tej pory wizje powszechności aplikacji online traktowałem jako pobożne życzenia. Od klikunastu dni mam nowe łącze (1 Mbps) i od tej pory Web 2.0 zaczyna nabierać rumieńców. Przenoszenie niektórych aplikacji „w sieć” ma też tą zaletę, że podniesie poziom bezpieczeństwa przeciętnego peceta - odpadnie ból głowy związany z faktem, że 90% ludzkości nie aktualizuje raz zainstalowanego programu. Z drugiej strony zapewnienie dostępu do systemu plików dla kodu znajdującego się na drugim krańcu globu może mieć jeszcze gorsze skutki. Wiele zależy od tego jak zostanie zaprojektowane przyjęte ostatecznie rozwiązanie i czy będzie otwarte.

Linux mordercą laptopów?

Alarm włączył mi się po przeczytaniu tekstu Stefano Rivery. Sprawdziłem. Na moim półrocznym laptopie dysk dotarł już do niemal 60000 cykli.

O co chodzi? O to mniej więcej, że Linux lekce sobie waży limit parkowań głowicy. Limit ten jest ściśle określony przez poducenta sprzętu i na przykład w przypadku mojego dysku wynosi 600 000 parkowań. Parkowanie dysku - tak dla przypomnienia - polega na przesunięciu głowicy poza powierzchnię nośnika, ewntualnie nad jej nieużywany obszar w celu uniknięcia uszkodzenia danych, co może się wydarzyć w momencie gwałtownego wstrząsu, czy upadku komputera. Na moim laptopie dysk ucieka z głowicą mniej więcej raz na minutę, w zasadzie zawsze gdy tylko system wykryje, że nie jest używany. Dużo za często.

Chcecie? Sprawdźcie u siebie.

sudo smartctl -a /dev/sda | grep Load_Cycle_Count

(wymaga zainstalowania pakietu smartmontools)

Teoretycznie po przekroczeniu limitu parkowań dysk wcale nie musi paść. Teoretycznie. W praktyce warto się pochylić nad tym problemem. Na ubuntowym Launchpadzie pochylają się nad nim od września zeszłego roku i póki co niewiele z tego wynika. Błąd jest potwierdzony (wielokrotnie, na różnych konfiguracjach) i ma status… wishlist! Tak jest, wishlist, choć powinien zostać oznaczony jako critical. Dopóki któryś z deweloperów nie obudzi się letargu problem można rozwiązać w bardzo prosty sposób:

hdparm -B 255 /dev/sda

Dodajemy powyższe do /etc/rc.local i działa. Dysk nie będzie już parkował, więc licznik się uspokoi.

Z tym parametrem dla hdparm trzeba uważać. U mnie działa 255, na innych dyskach 254, na jeszcze innych 0 - zależy od producenta. Najlepiej poobserwować jak zmienia się licznik po zaaplikowaniu powyższej komendy.

Żeby było śmieszniej, przygody z szalejącym licznikiem parkowań ma nie tylko Ubuntu, ale również inne dystrybucje. Większość użytkowników twierdzi, że nie słyszy tak często charakterystycznego kliknięcia pracując pod Windows, ale zdarzają się tacy, co i tutaj narzekają. Nie udało mi się niestety namierzyć windowsowego narzędzia, które potrafi wyświetlić aktualną wartość licznika, ale nie szukałem zbyt intensywnie, przyznaję. Trafiłem również na relację użytkownika MacBooka, który ma identyczny problem. Ponad 200 000 cykli po roku użytkowania laptopa.

Na wszelki wypadek sprawdźcie swój sprzęt. Nowych dysków nie dają za darmo.

PS Mój dysk jest widziany jako /dev/sda. Wasz niekoniecznie. Jeżeli nie macie napędu SATA, to nawet na pewno.

Aktualizacja: z parametrem hdparm -B należy postępować ostrożnie, w szczególności należy sprawdzić temperaturę dysku pracującego bez możliwości zaparkowania. Zachęcam do poeksperymentowania z różnymi wartościami i obserwowania jak wpływa to na wartość licznika.

Kolejna aktualizacja: na Wiki Ubuntu znajduje się strona podsumowująca problem. Można też wczytać się w komentarze na Slashdocie.

Kupiony w czerwcu MacBook ma podobny problem.

Użytkownicy Windows mogą użyć portu narzędzia hdparm przeportowanego dla ich platformy lub też dowolnego innego programu, wedle uznania.