Now, that’s what I call a dead parrot

Żeby docenić to, co za moment obejrzycie musicie znać to, wiedzieć co nieco o tym panu i kojarzyć tego pana (najprawdopodobniej z tego filmu). Jak już to wszystko będziecie znać, to możecie się rozkoszować:

Wesołych.

Panie Bezos, panowie wydawcy

Jest tak: od dłuższego czasu chodzi za mną myśl, że doprawdy przemile byłoby przekopiować nagromadzone przez lata e-booki na jakieś sprytne urządzenie, zabrać je ze sobą do dowolnego środka lokomocji i czytać, czytać, czytać. Czytanie jest czynnością, do której tęsknię coraz bardziej, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie mam czasu, ale mam w cholerę różnych różności do przeczytania - w postaci elektronicznej, jak już wspomniałem.

To stwarza możliwości. Możliwości dla każdego, kto chce zarobić na moim braku czasu i na postępującym ucyfrowieniu słowa pisanego. Lojalnie ostrzegam, że jestem wybredny. Przerabiałem już czytniki e-czasopism i mam na ich temat wyrobione zdanie: są do rzyci całkiem. Czytanie jakoś dziwnie kojarzy mi się z mobilnością, książkę mogę czytać nawet w, excuzes-moi, sraczu. Oprogramowanie każe mi czytać przy komputerze, co więcej - każe mi ślęczeć przy monitorze o odpowiednio wybujałej rozdzielczości pionowej, co z góry skreśla jedyne w miarę mobilne urządzenie, jakie posiadam: laptopa. Komórek - ostrzegam - nie lubię, zresztą czytanie na ekranie tej wielkości mam za wyrafinowaną formę masochizmu, ot co.

Możliwości, jakie drzemią w moich dylematach dostrzegł ostatnio Jeff Bezos, prezes sklepu Amazon, wydając na świat urządzenie nazwane Kindle. Kindle kosztuje 399 dolarów i wygląda jak zmutowany kalkulator.

Umówmy się: książki z reguły są ładne. Kindle ładny nie jest, w dodatku ma obudowę w kolorze, który nie ma chyba innego zastosowania praktycznego, jak podniesienie poziomu higieny użytkownika przez zmuszenie go do częstego mycia rąk. Jeff był też uprzejmy zrobić ze swojego najnowszego dziecka kolejny chory produkt naszpikowany DRM-em. Ten sam Jeff nie tak dawno uruchomił sklep handlujący cyfrową muzyką pozbawioną zabezpieczeń, co zostało stosowanie nagłośnione i odtrąbione jako postępowe. Widocznie klient-czytelnik jest z definicji złodziejem, klient-meloman zaś nie. Up yours, Jeff. Kindle i tak już został złamany.

Debiuty takiego a nie innego sprzętu to oczywiście pochodna fobii wydawców, którzy, zupełnie jak do niedawna koncerny muzyczne, kompletnie nie potrafią się przestawić na nową formę dystrybucji. Wspominałem wyżej o e-gazetach. Na polskim rynku mamy w tej chwili dwa formaty, jeden z drugim kompletnie niekompatybilne rzecz jasna. Skutek jest taki, że po zakupieniu iluś tam egzemplarzy e-czasopism klient jest załatwiony na amen - ewentualna zmiana formatu zmusza go do kupienia tego, co już raz przecież nabył. Niektóre wydawnictwa, tym razem handlujące już regularnymi książkami, stosują format PDF, tyle że każdorazowe otwarcie takiego dokumentu wymaga od klienta wprowadzenia hasła, które jest oczywiście radosnym, losowym ciągiem cyfr i liter. Dodatkowo, pierwsza strona ozdobiona jest informacjami kto dany egzemplarz kupił i kiedy. Na wypadek, gdybyś się pan okazał złodziejem, mówi mi przez to wydawca. Ja mu zaś mówię: pomachaj pan moim pieniądzom na do widzenia, bo długo się nie zobaczycie.

Panowie wydawcy, panowie konstruktorzy. Lista moich wymagań dotyczących elektronicznego czytnika jest doprawdy krótka. Dwa punkty:

  1. żadnego DRM, żadnych durnych obostrzeń przy korzystaniu z waszych serwisów. Ma być tak, jak z dobrą, analogową książką. Czytam, pożyczam, sprzedaję. Robię co chcę, bo to mój egzemplarz.
  2. oprogramowanie na otwartej licencji. Skoro nie będzie DRM, to dlaczego nie? Od kiedy zastąpiłem oryginalne oprogramowanie (wolne) do mojego routera równie wolnym softem alternatywnym jestem samobieżną reklamą wolnych licencji - nowa wersja bije na głowę wersję starą i podnosi wartość sprzętu o jakieś 100%, za zupełną darmochę.

Tylko tyle, panie i panowie. Kto pierwszy do moich pieniędzy?

Sodomia i Gomoria. I swędzi.

Bloguś przez jakiś czas przycichnie, bo od poniedziałku choruję na ospę wietrzną. Tak, to jest ta sama choroba, którą powinienem był przejść dziecięciem będąc. Niestety, nie przeszedłem, co teraz się mści. Mój organizm został całkowicie zaskoczony i reaguje na tak przedziwną przypadłość szalonymi skokami temperatury. „Szalone”, to one są dlatego, że pojawiają się nagle i są niezwykle dynamiczne. Nigdy nie pozwoliłem na przekroczenie bariery 39,3°C - wcześniej zawsze ładuję sobie czopek Pyralginy, który pacyfikuje zarówno mnie, jak i wirusy, ale niestety tylko do kolejnego kontrataku. Tak się bawimy - temperatura i ja. Mam nadzieję, że temperatura wkrótce się podda, bo ja tego długo nie wytrzymam.

W tych lepszych momentach będę tu zaglądał i przeglądał kolejkę podejrzanych o spam. Takie momenty zdarzają się z częstotliwością kursowania taborów PKP tuż po pierwszych opadach śniegu, czyli z trudną do przewidzenia. Nie liczcie jednak na jakieś moje odpowiedzi, a już na pewno nie będzie nowych wpisów. L4 mam do Wigilii, mam nadzieję że do sprawności umysłowej wrócę jednak wcześniej.

Nawet nie wiecie, jak wyczerpały mnie te trzy akapity. Rzut oka na termometr (niech Allah błogosławi wynalazcy termometrów dousznych; oby jego kozy były pełne mleka) i już wiem że za chwilę będę znów wypinał tyłek. Ała.

Mam tsy latka

Dwudziestego dziewiątego listopada minęły trzy lata od kiedy na desktopie używam wyłącznie Linuksa. Jak zwykle przegapiłem rocznicę.

Przez te trzy lata nie zdarzyło mi się zatęsknić z Windowsem.

Likewise Open

Kilka dni temu wydarzyło się coś ważnego. Tak mi się przynajmniej wydaje, że będzie to coś ważnego, o ile odpowiedni ludzie zrobią, co potrafią, żeby to jednak było coś ważnego. Skomplikowane? Od nowa.

Kilka dni temu na wolnej licencji wydano narzędzie pozwalające na integrację systemów linuksowych z microsoftowym Active Directory. Linuksiarzom wyjaśniam, że AD to jedno z tych lepszych rozwiązań Microsoftu, rozwiązanie które pozwala na scentralizowane zarządzanie siecią, jej użytkownikami oraz maszynami do niej wpiętymi. Główna zaleta to możliwość konfigurowania tych maszyn z jednego miejsca, z zachowaniem pełnej dowolności do łączenia ich w grupy, którym można nadawać różne uprawnienia. AD to również ujednolicenie uwierzytelniania w domenie czy lesie domen - użytkownik na każdym z komputerów może zalogować się jednym loginem i hasłem (przypadek idealny, szczególny i rzadko występujący w przyrodzie; z reguły logować wszędzie mogą się wyłącznie administratorzy). AD to - chciał czy nie chciał - jedyny prawdziwy standard scentralizowanego zarządzania zasobami i walka z nim nie ma większego sensu. Można się tylko przyłączyć, żeby nie zginąć. Do wczoraj możliwości były dwie - albo robimy to ręcznie, wkładając w tą czynność nieco czasu i wysiłku, albo kupujemy któreś z komercyjnych, płatnych rozwiązań, które wyręczają nas w tym zadaniu. Dziś doszła możliwość trzecia - robimy to szybko, za darmo i mamy dostęp do kodu.

Firma Centeris zrobiła czwartego grudnia dwie rzeczy: zmieniła nazwę na Likewise i wydała na wolnej licencji swojego klienta Active Directory - Likewise Open. Likewise jest o tyle ciekawą firmą, że spotykają się w niej dwa światy: wiceprezesem ds. rozwoju jest Krishna Ganugapati, człowiek, który w Microsofcie przepracował dziesięć lat - w tym czasie zdążył opracować jeden z podstawowych składników AD - ADSI - oraz przewodzić zespołowi, który opracował microsoftową implementację technologii IPSec, był też odpowiedzialny za bezpieczeństwo implementacji interfejsów bezprzewodowych w Windows 2000 i XP. Z drugiej strony jednym z głównych deweloperów oraz szefem projektu Likewise Open jest Gerald Carter - przez wiele lat jeden z programistów Samby.

Co w tej chwili daje Likewise Open? To jedynie agent, który pozwala na dołączenie do Active Directory, zapewnia nadanie jednego UID (co z kolei umożliwia logowanie na różnych komputerach), udostępnia możliwość pojedynczego uwierzytelniania dla sesji SSHPutty, obsługuje logowanie z wykorzystaniem protokołu Kerberos i keszowanie danych niezbędnych do uwierzytelnienia (nie znam polskiego odpowiednika, chodzi o możliwość zalogowania się do komputera bez konieczności kontaktowania się z kontrolerem domeny). Agent umożliwia też w tej chwili bardzo podstawowe możliwości stosowania zasady grupy - na kliencie można jedynie wymusić stosowanie haseł o określonym stopniu złożoności oraz ustalić czas ich obowiązywania.

Firma oferuje również daleko bardziej zaawansowaną wersję komercyjną - Likewise Enterprise. Możliwości tego zestawu narzędzi są naprawdę imponujące: samych zasad grup dla kilentów Unix/Linux/Mac OS X jest pięćset. To niby niewiele w porównaniu do 2400 zasad, jakie Windows Server 2008 będzie udostępniał Viście, ale stanowi zestaw, z którym można już poważnie pracować. Do tego dochodzą dodatkowe możliwości, na przedstawienie których nie mam po prostu czasu ani za bardzo chęci - mój blog to nie biuletyn reklamowy, prawda. Zainteresowanych odsyłam do dokumentacji.

Jedno mnie zastanawia. Likewise Open objęty jest licencją GPLv3, która uniemożliwia wersji Enterprise wykorzystanie powstałego w ramach tego projektu kodu. Być może Likewise liczy na maksymalne rozwinięcie samego klienta, który i tak, że się tak wyrażę, nie podskoczy wyżej niż mu Enterprise (działający po stronie kontrolera domeny) pozwoli. Ma to jakiś sens, tym bardziej że firma porozumiała się już z CanonicalRed Hatem, jest w trakcie rozmów z Novellem. Ubuntu 8.04 LTS oraz RHEL 5.2 będą miały klienta Likewise prawdopodobnie zintegrowanego z Sambą. To dobry i słuszny krok - Linux, żeby zaistnieć w przedsiębiorstwach musi dać się łatwo integrować z AD. Nie ma innej opcji, opracowanie własnej implementacji usługi katalogowej LDAP będzie trwało długo, co jednak nie znaczy, że nie należy się za to zabrać. Nie należy się łudzić, że Redmond pozwoli komukolwiek rozdawać karty przy własnym stoliku.

No właśnie. Zastanawiam się kiedy Canonical, Red Hat i Novell porozumieją się w kwestii opracowania własnej wersji technologii będącej funkcjonalnym odpowiednikiem AD. Technologii otwartej, zdefiniowanej na pewnym poziomie abstrakcji, pozwalającej na sporą swobodę implementacji i łatwo rozszerzalnej. Uczcie się panowie od Microsoftu - oni też zaczynali od kopiowania rozwiązań opracowanych przez - nomen omen - Novella (ktoś jeszcze pamięta NetWare?). Kopiowali je, ulepszali, słuchali pilnie klientów i tak wyszli na swoje. W żadnej złotej księdze nie napisano, że nie można powtórzyć takiego scenariusza, trzeba się tylko porozumieć.

Nie mogłem się powstrzymać i zrobiłem na chwilę z mojego domowego W2K3 Server kontroler domeny. Jedna komenda na Linuksie i tak to się skończyło:

Po stronie serwera, w konsoli MMC, widzimy coś takiego:

PS No i proszę… Jest od czego zaczynać.