Bad, bad Apple

Z przypominających momentami stylistykę „Strażnicy” stron Apple:

DTrace to narzędzie do niskopoziomowego debugowania i optymalizacji. Umożliwia szczegółowe monitorowanie praktycznie wszystkich aspektów działania programu. Specjaliści Apple opracowali DTrace w oparciu o projekt Open Source Solaris i zintegrowali z jądrem Darwin. Ponadto z DTrace współpracują teraz środowiska Java, Ruby, Python i Perl, co stwarza niespotykane dotąd możliwości monitorowania charakterystyki wydajnościowej programów napisanych w tych językach.

DTrace to jedna z tych rzeczy, których zazdrościmy Solarisowi (inna to ZFS). To najbardziej chyba rozbudowany system śledzenia wydajności systemu i aplikacji w nim zainstalowanych. Opublikowany na wolnej licencji, więc chłopcy z Infinite Loop wzięli go sobie, tak jak wzięli Macha. I brawo. Każdy system wyposażony w tak zaawansowaną technologię to błogosławieństwo dla programistów i administratorów, tym bardziej że w komplecie dostaje się narzędzie klikaczowe - Instruments. Z DTrace jest jednak ten problem, że gada z kernelem bez żadnych pośredników i może podejrzeć wszystko, co w niektórych systemach operacyjnych nie jest mile widziane. W Mac OS X 10.5 DTrace nie zauważa iTunes.

Na trop dziwnych wyników zwracanych przez swoje własne dziecię wpadł pracownik Suna - Adam Leventhal. W kilka chwil całe „zabezpieczenie” Apple rozsypało się w gruzy i to nawet bez potrzeby rekompilacji czegokolwiek (własnoręczna kompilacja DTrace w OS X to podobno klasyczna PITA). Do wzięcia od zaraz są rozmaite „ulepszacze”, ot chociażby w postaci odpowiedniego modułu jądra systemu.

Apple ma chlubną historię takich „zabezpieczeń na niby”. W czasach pierwszych Maków istniał sobie na przykład tzw. „bozo bit” - ustawienie jedenastego bitu w atrybutach pliku czyniło go „niekopiowalnym”. Od razu oczywiście posypały się narzędzia, które to ustawienie znosiły, ale dla przeciętnego użytkownika Maka problem był nierozwiązywalny. W przypadku DTrace jest nieco podobnie, z tym że narzędzia tego nie używają przeciętni użytkownicy, więc można się było spodziewać - czy nawet trzeba się było spodziewać - że mleko się wyleje niemal natychmiast.

Wielkie pytanie brzmi: czy Jobs leci sobie w kolorowe kulki z RIAAMPAA, czy może ma niekompetentnych pracowników? Nie pasuje mi ani jedno, ani drugi wytłumaczenie. Nie podejrzewam faceta, który zasiada w radzie nadzorczej Disneya o chęć denerwowania kolegów od golfa, nie bardzo też wierzę, że taki babol mógł się przebić do finalnej wersji systemu. Ktoś to przecież kontroluje, jest jakaś drabina decyzyjna…

Na dzień dzisiejszy nie mam więc dobrej odpowiedzi, mogę za to z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, że wkrótce będziemy mieli poprawkę (w końcu nadchodzi 10.5.2, które ma podobno zaważyć ponad 400 MB; trenujcie łącza). Poprawka ta może mieć dwa, wzajemnie się wykluczające skutki: albo doprowadzi do zablokowania już istniejących sposobów na obejście flagi P_LNOATTACH, albo naprawi zepsute DTrace. Ten drugi skutek byłby mile widziany przez deweloperów piszących oprogramowanie dla tej platformy, na których ludziom z Cupertino powinno zależeć.

Pytanie tylko, czy nie bardziej zależy im na ludziach z Hollywood.

SATA i Firewire w jednym stali domu?

Jestem w trakcie poszukiwań obudowy dysku z zewnętrznym złączem Firewire i wewnętrznym SATA. Poszukiwań, dodajmy, jak do tej pory bezowocnych - w Polszcze taka technika jeszcze nie zagościła, albo ja jej nie potrafię znaleźć. Gdyby więc któryś z Czytelników miał namiar na takie cudo, proszę o pozostawienie odpowiedniego komentarza. Podkreślam - nie interesuje mnie dysk (bo mam), tylko obudowa dysku. Najchętniej kupię w Polsce, bom przecież patriota jak malowany.

PS Dysk 3,5 cala.

Kinda makes you think

Klik na obrazku wyjaśni wszystko.

Do czytania pod prysznicem

Nadarza się kolejna okazja do poćwiczenia angielskiego. Lawrence Lessig wydał właśnie na licencji Creative Commons swoją książkę „The Future of Ideas”.

In The Future of Ideas, Lawrence Lessig explains how the Internet revolution has produced a counterrevolution of devastating power and effect. The explosion of innovation we have seen in the environment of the Internet was not conjured from some new, previously unimagined technological magic; instead, it came from an ideal as old as the nation. Creativity flourished there because the Internet protected an innovation commons. The Internet’s very design built a neutral platform upon which the widest range of creators could experiment. The legal architecture surrounding it protected this free space so that culture and information–the ideas of our era–could flow freely and inspire an unprecedented breadth of expression. But this structural design is changing–both legally and technically.

368 stron. Jest co czytać, tym bardziej że Lessiga czytać warto. Ba, trzeba nawet.

Kto by się spodziewał?

Jak tak usiądę i pomyślę, czego mogłem się w życiu nie spodziewać, to wychodzi mi, że do niedawna niespodzianką byłoby dla mnie:

  1. pojawienie się hiszpańskiej inkwizycji (jej nie spodziewa się nikt, wiadomo)
  2. napisanie recenzji Leoparda przed CoSTą

Kilka dni temu lista ta skróciła się do tylko jednej pozycji. Nie, nie odwiedzili mnie panowie z bródkami w szpic, zaopatrzeni w poduszki. Gorzej. Kupiłem Maka.

Taaaadaaam! Niespodzianka, prawda? Dla mnie też, bo wydarzenia potoczyły się tak szybko, że jeszcze dziś nie bardzo w to wierzę. Dość powiedzieć, że małżowinka zapragnęła mieć gadżet - no i ma. Dodać również należy, że obserwowanie Allegro popłaca - można trafić okazję.

Mac jest mini, ma dwurdzeniowe Core 2 Duo, 1 GB pamiątki i w ogóle go nie słyszę. Nareszcie nie słyszę desktopa, ludzie! Mini niewiele jest tylko głośniejsze od laptopa i to jest chyba ta cecha, która najbardziej mnie w nim urzeka. No, może jeszcze ten dźwięk po włączeniu zasilania. Zaiste, computer that goes „ping!”.

Mini jest aktualnie najszybszym komputerem, jaki mam w domu. Zarówno stary desktop, jak i laptop odpadają w przedbiegach. Pudełko jest nie tylko szybkie, ale i ładne - dzieci oszalały ze szczęścia, gdy je zobaczyły i ciężko mi było nad nimi zapanować w chwili, gdym męczył się nad otwieraniem kolejnych kartoników. Co tu dużo gadać, ładnie to wygląda, szczególnie w towarzystwie aluminiowej klawiaturyMighty Mouse. Ładnie i solidnie - odnoszę wrażenie, że mógłbym pudełkiem wbijać gwoździe. W sufit.

Tyle sprzęt. A system? System jest, nie bójmy się tych słów, też ładny. Łyka nieco pamięci, ale na tym gigabajcie dzielnie daje radę. Co mi się w nim podoba:

  • Front Row - o mamma mia, ale bajer, szczególnie gdy ma się w domu jakiś spasiony telewizor. Szkoda tylko, że w Leopardzie nieco go przerobili. Na gorsze moim zdaniem.
  • iTunes - do multimediów rzecz przednia, szczególnie do podcastów i innych rzeczy zasysanych z sieci. Szkoda tylko, że bydle wprawdzie dało się zmusić do grania Ogg Vorbis, ale do przypisywania im okładek już nie. iTunes przechowuje grafikę wewnątrz tagów ID3 a Ogg tego nie wspiera. Pod Linuksem problemów nie było - się nazywało okładkę folder.jpg i się cieszyło. Dobrze, że chociaż gra, bo Front Row już nie chce. Nie mam pojęcia dlaczego - biblioteka ta sama (QuickTime).
  • iPhoto - szybkie, sprawne, bajeranckie pokazy zdjęć. Poproszę coś takiego pod Linuksem, pronto.
  • Spotlight - łaaaaaa, maaaaan, tak powinien działać Tracker. Spotlight ma o tyle z górki, że jest podpięty przez API bezpośrednio do systemu plików, dzięki czemu jest automatycznie powiadamiany o każdej zmianie na dysku.
  • Safari - pierwszym programem, jaki pobrałem był Firefox. Sądziłem, że nie będę w stanie używać innej przeglądarki, ale Safari jest szybkie, bardzo szybkie i właściwie niczego mu nie brakuje. Żeby się jeszcze potrafiło zsynchronizować z Foxmarks
  • instalowanie oprogramowania - przeciągamy program do teczki „Aplikacje” i już. Odinstalujemy, wrzucając go do kosza, zostawiamy przy tym oczywiście nieco śmiecia, ale małe i sprytne programiki potrafią go posprzątać. Zachodzę w głowę, czy to są rzeczywiście dogłębne porządki. Nie do końca wierzę czemuś, co nie śledzi pakietów, jak apt.
  • a propos oprogramowania - jest tego dużo, naprawdę dużo. Więcej, można spokojnie skompletować zestaw niezbędnych narzędzi opierając się wyłącznie na darmowych propozycjach. Byłem zaskoczony, sądziłem że zaraz mnie dopadnie zgraja shareware, bez których nie da się pracować, a tymczasem skutecznie trzymam płatne propozycje na dystans. Zdecydowana większość to FLOSS.
  • wbudowane parę przydatnych rzeczy - serwer WWW, serwer SSH, serwer FTP, Samba. Dostępne od ręki.

Co mi się nie podoba? Nie ma chyba czegoś takiego. OS X jest ładny, dopieszczony, chociaż GNOME jest w pewnych aspektach użyteczniejszy. Efekty też są słabsze niż to, co znamy z Compiza - co więcej, Compiz jest szybszy. Piszę to na podstawie obserwacji laptopa, który jest przecież maszyną słabszą, z identyczną kartą graficzną. Być może dołożenie drugiego gigabajta coś by tu zmieniło. Za jakiś czas się przekonam, bo pamięć Leopard lubi bardzo.

O, jednak mi się przypomniało. Nie podoba mi się, że nie mogę zmienić rozmiaru okna ciągnąc za dowolną z jego krawędzi. Przedziwne.

Tyle porównań z Linuksem. Co z Vistą? Ano nic, zespół projektujący nowy system Microsoftu powinien popełnić zbiorowe, honorowe samobójstwo. W sprawach, które nadają się do porównania, Leopard niszczy Vistę na każdym kroku. Panowie, było zerżnąć UAC z Maka - tam to ma sens, w Viście wyszła wam parodia.

Co będzie ze mną dalej? Nic nie będzie. Latop z Ubuntu na pokładzie nadal pozostaje „moim komputerem”, komputerem do pracy. Mac to rodzinna zabawka, multimedialne centrum, jednostka obliczeniowa dla Folding@Home. Mam teraz pod ręką wszystkie trzy platformy, znam mocne i słabe strony każdej z nich. Nie ma idealnego wyboru, ale Linux i OS X są tego ideału bliżej niż Windows. Linux ze względu na niesamowitą elastyczność i otwartość rozwiązań, OS X z powodu poziomu dopracowania szczegółów i znakomitych pomysłów na UI.

Proszę mnie nie wywalać z Planety. Dziękuję.