Rysiek

- Sienkiewicz - spytałem - matka karmiła was piersią?
- Mówią, że piersią - opdowiedział.
- A potem czym was karmiła? - spytałem znowu.
- Potem obierzyną.
- A z tego, co do was matka mówiła, pamiętacie coś?

Poruszył się, barani zaduch poszedł po izbie.

- Pamiętam.
- A co pamiętacie?
- Mówiłem: co mi dajecie obierzyny, ja nie warchlak, ja człowiek. A matka mówi: kiedy będziesz taki bogaty jak pan Kozanecki, to będziesz człowiek.

Lampa drgała żółtym płomykiem, cienie chodziły po ścianach. Strumień czasu zaszemrał w zegarze Ryśka.

Pomyślałem, że ten brudny pępek w porciętach ściągniętych sznurkiem wiele wtedy zrozumiał.

Takich fantastycznych cytatów z książek Kapuścińskiego można oczywiście wyciągać na pęczki, to tylko przykład. Wczytuję się właśnie w całą serię, która w tygodniowych odstępach ukazuje się w kioskach. To powyżej to akurat „Busz po polsku” - zbiór reportaży o tyle niezwykłych, że pisanych o Polsce, o Polsce B i o Polakach B. Kto zna „Cesarza”, „Wojnę futbolową” czy „Heban” zauważy różnicę, nie tylko tą wynikającą z tematyki. Kto Kapuścińskiego nie czytał wcale, temu niech będzie wstyd, niech nadrabia zaległości, niech zamówi przez Internet chociażby właśnie „Busz”, bo to pierwsze kompletne wydanie, całe 21 reportaży. Tak sobie myślę, że takiego reportera nie będzie w tym kraju przez czas raczej dłuższy, więc warto się zmierzyć z literacką odmianą dziennikarstwa, warto tego posmakować, warto przejrzeć się w lustrze i zobaczyć jak niewiele ten kraj się zmienił przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Gdyby kogoś dręczyło pytanie po czym poznajemy klasę reportera, i gdyby ktoś taki wpadł na dziki pomysł skonsultowania tego ze mną, to bym mu odpowiedział, że klasę reportera poznajemy po umiejętności poruszania się poza utartymi ścieżkami, z dala od reflektorów i fleszy i wyciągania z bozoru banalnych historii, które niosą w sobie tyle treści, że aż człowieka dziw bierze i zaduma jakaś zupełnie metafizyczna ogarnia.

Bo kto inny, poza reporterem z klasą, mógłby najpierw wypatrzyć takie historie a potem napisać takie perełki, jak „Wymarsz piątej kolumny”, „Danka”, „Wydma” czy „Ocalony na tratwie”?

…nadmieniam, że pierwsza przyszła do mnie ob. Helena Krakowiak moja sąsiadka, która nadmieniła dosyć już tej obrazy zgorszenie idzie na okolicę sam Pan Jezus wypędzał lichwiarzy z kościoła czym daje nam przykład. Nadmieniła także samo że my dajemy pieniądze na tacę dzieciom od ust odejmując a oni się pasą żeby mogli bezeceństwa wyprawiać. Miesiąc już patrzymy na to że przyszedł kres naszej cierpliwości czy długo będziemy cierpieć te widoki zaznaczała ob. Helena Krakowiak jeich dzieci niech diabeł święci i się przeżegnała. Wyżej wymieniona podkreśliła że figurę Matki Boskiej można było zakupić ze składkowych pieniędzy a wtedy by nie było takiej obrazy moralności i rozpusty jakiej świat nie widział. Następnie pragnę podać że przychodziły do mnie jeszcze inne obywatelki a to (tu szereg nazwisk) przyznające rację wyżej wymienionej która to obywatelka zapodała myśl aby przepędzić tę prostytutkę jak się wyrażała bo kurwów nam na plebanii nie potrzeba co jeszcze powiedziała. Wyżej wzmiankowane potwierdziły że innego wyjścia nie ma i ob. Helena Krakowia wskazała miejsce koło straży na dzień wtorek 28 czerwiec na godzinę 4 po południu żeby dać jeszcze chłopom i dzieciom obiad oraz pozmywać i zamieść….

Żywię tylko głęboką nadzieję, że nikt nie wpadnie na durny - a przecież jakże nad Wisła popularny pomysł - żeby Kapuścińskiemu postawić pomnik. To zupełnie nie był ten typ człowieka.

grnotify

Pamiętam, jak kilka miesięcy temu usilnie szukałem apletu GNOME, który potrafiły sprawdzać nieprzeczytane wiadomości w serwisie Google Reader (o, pardon, w Czytniku Google). Wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłem niczego takiego. Pamiętam też, jak ucieszyłem się, gdy taki programik znalazłem w wersji dla OS X.

Na szczęście trafił się belgijski programista, który postanowił załatać tą lukę w linuksowym oprogramowaniu i stworzył grnotify.

Program, jak każdy aplet, nie wygląda, tylko siedzi sobie na pasku z taką ikonką

i wyświetla różne

informacje.

To w zasadzie wszystko, bo aplet ma być i jest prosty, choć rozwija się w godnym zauważenia tempie. Śledzę ten projekt od wersji 0.1 i nie ma chyba dnia, żeby nie pojawiała się nowa wersja, czasem nawet dwie. Do pełnej dojrzałości jeszcze oczywiście trochę brakuje, ale z tym przyspieszeniem grnotify powinien wydorośleć już wkrótce.

OS X - dodawanie użytkownika do grupy

No i stało się. Nastał moment, w którym trzeba było porzucić klikalne narzędzia i pochylić się nad makowym terminalem. Co takiego się stało? Ano, zapragnąłem mieć jak w Linuksie.

OS X, podobnie jak Ubuntu, do wykonywania poleceń administracyjnych w terminalu używa polecenia sudo. Każde konto administracyjne w tym systemie należy do grupy admin, posiada więc prawa do sudo, zatem problemu z operacjami w terminalu nie ma. Zasadę najmniejszych uprawnień mam głęboko zakodowaną w świadomości, więc na co dzień pracuję na koncie „standardowym”. Dowcip polega na tym, że konto to nie ma uprawnień do sudo, więc żeby wykonać cokolwiek sensownego w konsoli powinienem przełączać się na inne konto, administracyjne. Nie, nie chcę odblokowywać roota, wykonywać su. Chcę mieć sudo i basta, przyzwyczaiłem się.

Recz w tym, że w Leopardzie Apple zmieniło sposób przechowywania informacji o grupach, użytkownikach, hostach i punktach montowania - ze zwykłych plików tekstowych na oparte na XML pliki .plist. Zmianie tej nie towarzyszyło niestety wydanie nowej wersji graficznego narzędzia Netinfo Manager - po prostu zostało ono usunięte z systemu. Makjuzer nie ma już GUI, przez które mógłby sobie wyklikać to i owo w temacie grup - został rzucony na pożarcie terminala, co w tym kręgu kulturowym jest ostateczną formą tortury.

O dziwo, w Ubuntu mogę sobie grzebać w grupach z wykorzystaniem okienek i to bez konieczności znajomości nazw samych grup wbudowanych - mogę po prostu odklikać konkretne uprawnienia. W Maku trzeba zrobić dwie rzeczy, żeby zwykły użytkownik mógł używać sudo.

Rzecz pierwsza - odblokowanie w pliku sudoers grupy wheel, która jest standardową w rodzinie BSD grupą użytkowników, którzy mogą korzystać z wszystkich poleceń systemu, nie będąc przy tym administratorami. Przełączamy się (lub przelegowujemy) na konto o uprawnieniach administracyjnych, uruchamiany terminal i wykonujemy:

sudo visudo

Podajemy hasło, otwiera się plik sudoers, w którym odszukujemy fragment

# Uncomment to allow people in group wheel to run all commands
# %wheel  ALL=(ALL)       ALL

po czym usuwamy znak komentarza i zamykamy vi, zapisując plik.

Rzecz druga to dodanie nas samych do potężnej grupy wheel. Wykonujemy polecenie:

sudo dseditgroup -o edit -a nasz_login -t user wheel

Koniec. Można się wylogować (przełączyć) i od tego momentu cieszyć się działającym sudo na swoim zwykłym, szarym koncie.

XBMC dla Maka

Czekałem, czekałem i się doczekałem. Ukazała się wreszcie pierwsza wersja przeportowanego na Maka programu XBMC. XBMC to takie centrum multimedialne dla pierwszego Iksboksa, wymyślone i przygotowywane przez społeczność. Tak, na wolnej licencji, stąd też świeży port makowy i nadchodzący port linuksowy. Co to potrafi? Wyświetlać filmy (w tle pracuje Mplayer, więc wszystkie filmy), grać muzykę, pokazywać zdjęcia, pogodę i co tam właściwie przyjdzie do głowy, bo dopisanie kolejnej wtyczki to kwestia pomysłu, ochoty i możliwości. W czym jest lepsze od Front Row? Po pierwsze i najważniejsze, nie jest ograniczone tym, co przyklepie Steve, więc rozwijać się będzie szybciej i już teraz jest zdecydowanie bardziej konfigurowalne. Obsługuje rozdzielczość 1080p oraz dźwięk DTS/AC3 i za jakiś czas powinno spowodować, że ludzie zaczną kupować Mini tylko po to, żeby zrobić z niego platformę dla XBMC właśnie. Napisałem za jakiś czas, bo to dopiero wersja 0.1, która może być (i jest, co sprawdziłem) dość nieprzewidywalna, nie obsługuje też Apple Remote, więc trzeba się naprzyciskać klawiszy. „Oryginalny” XBMC obsługuje zresztą dowolne piloty na podczerwień, tak samo powinno być w wersji makowej. Front Row jest też zintegrowane z iTunes/iPhoto, XBMC w pierwszej wersji jeszcze nie importuje tych ustawień.

Oto, jak to wygląda w akcji (kilk powiększa):

Żółci nadchodzą

Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości czy Mark Shuttleworth świetnym biznesmenem jest, oto ostateczny dowód:

Wiedzieć gdzie leżą konfitury - oto ważna życiowa umiejętność.