Nie może być

Shakespeare Tarantino

Mój ukochany filmowy dialog doczekał się wreszcie wersji klasycznej.

J: My pardon; did I break thy concentration?
Continue! Ah, but now thy tongue is still.
Allow me then to offer a response.
Describe Marsellus Wallace to me, pray.
B: What?
J: What country dost thou hail from?
B: What?
J: How passing strange, for I have traveled far,
And never have I heard tell of this What.
What language speak they in the land of What?
B: What?
J: The Queen’s own English, base knave, dost thou speak it?
B: Aye!
J: Then hearken to my words and answer them!
Describe to me Marsellus Wallace!
B: What?
JULES presses his knife to BRETT’s throat
J: Speak ‚What’ again! Thou cur, cry ‚What’ again!
I dare thee utter ‚What’ again but once!
I dare thee twice and spit upon thy name!
Now, paint for me a portraiture in words,
If thou hast any in thy head but ‚What’,
Of Marsellus Wallace!
B: He is dark.
J: Aye, and what more?
B: His head is shaven bald.
J: Has he the semblance of a harlot?
B: What?
JULES strikes and BRETT cries out
J: Has he the semblance of a harlot?
B: Nay!
J: Then why didst thou attempt to bed him thus?
B: I did not!
J: Aye, thou didst! O, aye, thou didst!
Thou hoped to rape him like a chattel whore,
And sooth, Lord Wallace is displeased to bed
With anyone but she to whom he wed.

Jest jeszcze scena z frytkami.

PS Najwyraźniej jest tego więcej.

Premiera była wczoraj, wiem

Wierni czytelnicy pamiętają zapewne ten okres w życiu bloga, kiedy składał się on właściwie z samych doniesień z frontu działań prowadzonych przez Canonical i społeczność. Dziś - jak widać - o Ubuntu u mnie niewiele można poczytać, a to z tego prostego powodu, że:

  1. o premierze nowych wersji dystrybucji donosi nawet serwis sponsorowany przez polski Microsoft, a bieżące wydarzenia o niebo szybciej omawiają inne blogi;
  2. system po prostu działa, więc nie mogę opisywać swoich przeżyć związanych z łataniem tego czy owego. Nie tak często jak kiedyś.

Zdarzają się jednak chwile, kiedy wypada wspomnieć o tak ważnych wydarzeniach, jak wydanie kolejnej edycji, choćby z jednodniowym poślizgiem i chociażby z wdzięczności dla ludzi odpowiedzialnych za oprogramowanie napędzającego mojego laptopa.

Dzięki, panowie.

PS Autorem „plakatu” jest jabzbiz.

Zabójstwo Jesse’ego Jamesa

Ameryka to dziwny kraj. Bardzo młody i przez to właściwie pozbawiony historii - w znaczeniu, jaki nadaje temu słowu reszta świata, a już na pewno Europa. Ameryka ma jednak coś, czego brakuje reszcie świata: ma kino, które co jakiś czas wydobywa jakąś narodową historię, kalibru raczej niewielkiego i pokazuje ją w taki sposób, że proszę wsiadać, drzwi zamykać. Ostatni taki przykład to „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”.

Już sam tytuł jest dziwny, bo kino z Hollywood woli dwu-, no może trzywyrazowce a tutaj mamy całe zdanie. To nie jest jedyna cecha szczególna. Jesse James był legendą schyłkowego Dzikego Zachodu i w Stanach jego śmierć symbolizuje odejście całej epoki. Dostajemy zatem obraz „westernopodobny”, przy czym z rasowego westernu jest tam tyle, co kot napłakał. Nawet słynne „Bez przebaczenia”, które również nie było przecież typowym przedstawicielem gatunku jest przy filmie Dominika pełne akcji. W „Zabójstwie…” właściwie nic się nie dzieje - ale jak się nie dzieje! Przez bite dwie i pół godziny Brad PittCasey Affleck (z tych Afflecków) snują się po ekranie i prowadzą rozmowy - i to w zasadzie tyle. Pitt ostatnio znajduje się na fali wznoszącej i to jego kolejny dobry film, lepszy od poprzedniego. Affleck z kolei dzięki temu duetowi ma szansę na wyjście z cienia brata, bo - i nie ma tu krzty przesady - jest znakomity i zagrał koncertowo. Obojgu towarzyszą przepiękne, rewelacyjne zdjęcia, świetna, subtelna muzyka Nicka Cave’a (który zresztą pojawia się na chwilę na ekranie) i jedyna w swoim rodzaju atmosfera, pełna smutku, melancholii, wręcz pogrzebowa. Dwie i pół godziny kina moralnego niepokoju w scenerii amerykańskiej prerii i małych miasteczek.

Obawiam się, że to nie jest kino, które można wciągnąć przy okazji niedzielnego obiadu, bo wtedy nie zostaje w głowie nic. „Zabójstwo…” wymaga poświęcenia uwagi i czasu, ale to się opłaci, bo jest to chyba jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio wyszły z Hollywood.

Prosimy nie regulować odbiorników

Od jutra z blogiem mogą dziać się różne ciekawe rzeczy, bo Ahes, admin Rootnode, udaje się do Amsterdamu, gdzie będzie przedsiębrał skomasowane czynności administracyjne, dokładał nowe serwery i wykonywał komputerowe podwójne salto mortale ze szpagatem.

Uprasza się zatem o zrozumienie, cierpliwość i nie przejmowanie się. Bloguś wróci w glorii i chwale.