Ojcze nasz

Ten tekst miał się ukazać w Dniu Ojca, ale jak ze wszystkim ostatnio, tak i z nim się nie wyrobiłem. Publikuję go dzisiaj, bo szkoda mi tylu uderzeń w klawiaturę a i kolejny rok nie chce mi się czekać.

Dziś Dzień Ojca. Każdy z nas jakiegoś ojca ma, czy miał, co niektórzy już sami zdążyli ojcami zostać. Oprócz jednak ojców biologicznych każdy homo sapiens, który zajmuje się czymś więcej niż piciem piwa i oglądaniem meczów piłki nożnej czuje zapewne jakieś tam duchowe powinowactwo z ludźmi na pierwszy rzut oka całkowicie obcymi. Ludźmi, których myśli, czyny, postawy siedzą mu w głowie i których na różne sposoby poważa. Ty też tak masz, prawda?

Panie i panowie, oto moi przyfastrygowani (przyszywani znaczyłoby zbyt wiele) ojcowie. Kolejność zupełnie przypadkowa.

Jako pierwsi występują dwa panowie, których rozdzielić nie sposób. Vincent CerfBob E. Kahn to twórcy Internetu. Tak, wiem że to spore nadużycie semantyczne, ale nie zamierzam się rozwodzić nad następcami. Kahn zaprojektował ARPANET oraz protokół TCP, zaś Cerf dołożył do tego jeszcze IP, dzięki czemu powstała para protokołów napędzających sieć, jaką znamy dziś. Bez tych starszych panów dwóch nic nie byłoby takie samo. Każden jeden geek powinien znać te nazwiska na pamięć, szczególnie że Cerf zasiada w radzie nadzorczej Google, a przecież geek chciałby znaleźć zatrudnienie wśród stołów do bilarda, piłkarzyków i tego świetnego żarcia, które tam dają.

Jeżeli Cerf i Kahn są ojcami Internetu, to Lawrence Lessig jest tego Internetu przedstawicielem procesowym. To on pierwszy zrozumiał, że to nie sieć musi się dostosować do prawa, tylko prawo do sieci. To on pojął, że z praw autorskich po przyłożeniu ich do nowej rzeczywistości, nie zostaje zbyt wiele. To on wskrzesił pojęcie commons, wspólnego dobra, to on wreszcie stworzył rodzinę licencji, które pozwalają na swobodne dzielenie się swoją pracą z innymi. I chociaż ostatnio Lessig skupił się na walce z korupcją obecną w amerykańskich instytucjach władzy, wciąż trzyma rękę na pulsie, zasiadając w ciałach doradczych EFFSFLC.

Kim jest Linus Torvalds wie każdy użytkownik Linuksa i Windowsa, który choć raz pyszczył na forach w obronie swojej religii. Linus, pochodzący z dalekiej Finlandii, jest jednocześnie ojcem i dzieckiem - ojcem jądra Linux i dzieckiem Internetu. Gdyby nie Internet nie byłoby Linusa i Linuxa. Tylko to medium mogło połączyć wysiłki ludzi ze wszystkich stron świata i doprowadzić do sukcesu projektu, który na pierwszy rzut oka nie miał prawa być niczym innym niż zabawką grupy geeków. A jednak. Linus dał początek nie tylko nowemu systemowi, ale i zmianom o wiele głębszym i poważniejszym. Przede wszystkim jego projekt zmienił sposób wytwarzania oprogramowania - po raz pierwszy okazało się, że całkiem porządne rzeczy da się zrobić dla czystej zabawy, w ramach swojego wolnego czasu, z miłości do swojego hobby. Po drugie, okazało się że w te porządne rzeczy można wpompować całkiem słuszne pieniądze i nadal w dużym stopniu utrzymywać nad nimi kontrolę. Dziś określenie „open source” jest znane nie tylko brodatym hackerom, ale też pachnącym wodą kolońską za 500 dolarów menedżerom największych firm w branży. Zna je przede wszystkim „katedra”, czyli Microsoft, który ostatnio przyznał, że OS stanowi dla niego większe zagrożenie niż Google. To samo Google, które temuż Linuksowi zawdzięcza dużą część swojego sukcesu.

RMS i Linus są jak dwie strony równania. Jak jing i yang. Jak woda i ogień. Linus, poważny, nie wadził nikomu, Richard najdziksze wyczyniał swawole. Stallman jest typowym bożym szaleńcem, człowiekiem, który ze świętym ogniem w oczach kroczy wśród piętrzących się przeciwności, drogi nie gubiąc i kroku nie zwalniając. Za to go lubię. Lubię go za transparenty „ATI - enemy of your freedom”, lubię go za jego upór, lubię go za bycie modelowym przykładem hakera, który nie ma własnego samochodu, rodziny, niczego. Ma za to jasną wizję swojego idealnego świata, i choć walkę o ten świat już zasadniczo przegrał, to jednak ruch GNU odcisnął się na całej filozofii wytwarzania oprogramowania tak silnie, że nie sposób go będzie już stamtąd wyplenić. Do inspiracji Stallmanem przyznaje się na przykład Lessig.

Kolejna dwójka. Ken ThompsonDennis Ritchie, ojcowie Uniksa. Jak dla mnie to system idealny, przy czym chodzi mi o założenia, które bronią się do dziś, nie zaś o konkretne implementacje tych założeń. Hierarchiczny system plików, który można z łatwością „rozrzucać” po różnych urządzeniach, zachowując jednak spójność w ramach drzewa. Pliki nie tylko jako zbiory bitów, ale także jako reprezentacja urządzeń. Urzekający swoją prostotą pomysł na stworzenie miliarda małych programów, które potrafią przekazywać sobie wzajemnie dane (the sum of the parts is greater than the whole). Z czterech systemów, jakie są dziś na rynku (Windows, Unix, Linux, OS X) tylko jeden jest „spoza rodziny”. Przez lata funkcjonujący na serwerach, Unix rusza dziś na podbój biurek, bo przecież OS X to certyfikowany Unix pełną gębą. Ciekawe czasy przed nami.

W odróżnieniu od większości tych panów powyżej Steve Jobs nie jest geekiem. Tak, kiedyś wspólnie z Wozniakiem zaprojektowali pierwsze Apple, ale to było już dawno i nieprawda. Jobs jest przede wszystkim menedżerem i wizjonerem. Co do „menedżera” jesteśmy zapewne zgodni - facet ma niebywały talent wymyślania gadżetów, które ktoś inny wymyślił już przed nim, po czym sprzedawania ich tak, że trudno o lepszy hype. Przy haśle „wizjoner” może się już zakotłować od opinii, ale moja jest taka - Jobs jako pierwszy komercyjnie wykorzystał nowe urządzenie: myszkę i dołożył do tego graficzny interfejs użytkownika, który wytyczył kierunek innym rozwiązaniom. Druga rewolucja Jobsa nastąpiła 17 lat później, gdy pokazał światu OS X. To był naprawdę skok na głęboką wodę - zrezygnowano z przestarzałego i potwornie zabagnionego systemu Mac OS i zastąpiono go tworem z zupełnie innej bajki, opartym na uniksowym jądrze. Steve zrobił to, co dziś próbuje zrobić Shuttleworth - z sukcesem wprowadził na biurka system o serwerowych korzeniach, rozpalając jednocześnie do czerwoności kserokopiarki w Redmond. Oglądam jego kazania z mieszaniną podziwu i lekkiej niechęci.

Literatura przed Kurtem nie była taka sama. Dla mnie. Nie pamiętam już nawet, którą z jego książek przeczytałem już jako pierwszą, prawdopodobnie była to „Rzeźnia numer pięć”, pamiętam jednak jak Vonnegut starł mnie, zmiażdżył, sponiewierał. Od niego właśnie przejąłem w dużej mierze dzisiejsze spojrzenie na świat, od niego nauczyłem się zdrowego dystansu do życia, to on pokazał jak wszystko wkoło ocieka czarnym humorem. Facet miał nieprawdopodobny talent do prowokowania śmiechu przez łzy, śmiechu, który wbrew pozorom jest bardzo budujący i który lepiej komentuje rzeczywistość niż wielostronicowe, napuszone analizy pisane ze śmiertelną powagą. Trafiał w punkt - czasami akapitem, czasami zdaniem, czasami jednym słowem. Czasami nawet rysunkiem. Był największym humanistą, jakiego znałem, człowiekiem który dał mi więcej nadziei i spokoju ducha niż wszystkie religie razem wzięte. Nigdy nie napisze już żadnej książki i jest to jedna z niewielu rzeczy, jaką mam losowi za złe.

I przypomniałem sobie rozdział czternasty Księgi Bokonona, przeczytany w całości poprzedniego wieczora. Rozdział czternasty jest zatytułowany: Jaką nadzieję może żywić myślący człowiek co do przyszłości ludzkości, jeśli weźmie pod uwagę doświadczenia ostatniego miliona lat?

Na przeczytanie rozdziału czternastego nie trzeba zbyt wiele czasu. Składa się on z jednego tylko słowa i kropki. Oto ono:

„Żadnej.”

Zestawienie „drugich ojców” zamyka Richard Dawkins. Szerzej nieznany do roku 2006, kiedy jego książka „Bóg urojony” szturmem wzięła amerykańskie i brytyjskie listy bestsellerów. W Polsce pełna konsternacja - nazwisko to mało komu coś mówiło, chociaż na tytuł „Samolubny gen” każdy jako-tako oczytany człowiek gdzieś kiedyś zapewne się natknął. To by tłumaczyło dlaczego tak słabo dano u nas odpór. „Bóg urojony” wynika tymczasem wprost z poprzednich książek Dawkinsa, który jest darwinistą i który wcale, ale to wcale nie zgadza się z poglądem wobec którego istnieją słynne non-overlapping magisteria. Z pośród wielu innych tez wybija się też jedna, która w polskim piekiełku wzbudziła chyba największe emocje - taka mianowicie, że nie ma najmniejszego powodu, dla którego wierzenia religijne miałyby być chronione w stopniu większym, niż na przykład poglądy polityczne. Serio. W całym pisarskim dorobku Dawkinsa uderza najbardziej podziw dla piękna świata, takiego jakim go odkrywa przed nami nauka, nie święte księgi, który dzieli na przykład z Einsteinem czy Hawkingiem a który najlepiej ujął Douglas Adams:

Czy nie wystarczy, że ogród jest piękny? Czy muszą w nim jeszcze mieszkać wróżki?

Wujek Dobra Rada: nie warto być ateistą

Z cyklu: „co ci wolno, jeżeli wierzysz w Boga”. W Indiach Sikhowie mogą wnosić na pokład samolotów rytualne noże Kirpan, o długości ostrza do 15 cm.

Trzeźwy komentarz pod notką na blogu Bruce’a Schneiera:

My religion requires me to carry a Colt 1911, .45 ACP.

I’m licensed in 6 states, and I’m an ordained Priest in my religion.

See y’all on the plane.

XBMC dla Linuksa

Wspominałem kiedyś o XBMC dla Maka? Wspominałem. Nadeszła pora na wersję dla Linuksa, a konkretnie na paczki dla Ubuntu. Chwilowo jestem odcięty od własnego laptopa, więc gdyby ktoś był tak miły żeby program ten przetestować i podzielić się wrażeniami, byłbym wdzięczny.

„Little Brother” czwarty tydzień na liście bestsellerów NYT

Kto by się spodziewał? Najnowsza powieść Cory’ego Doctorowa - „Little Brother” - już czwarty tydzień utrzymuje się w czołówce bestsellerów New York Timesa. Nieźle, jak na książkę, którą każdy może sobie pobrać za darmo w 20 formatach (np. dla iPhone, ale również jako uniksowy plik .info). Właśnie ruszyły dodruki wydania w twardej okładce, więc Tor Books zrobiło zapewne na tym tytule poważne pieniądze. Całkiem nieźle, jak na firmę, która programowo unika DRM.

Jeżeli jest jakaś rzecz, jakiej nie znoszę, to streszczania książek i filmów. Wystarczyć wam musi informacja, że jest to zasadniczo rzecz dla młodzieży, z silnym motywem hackerskim. Walka z Systemem, te rzeczy. Neil Gaiman zachęci Was bardziej.

Jak to się dzieje, że można zarobić na książce bezpłatnie dostępnej w sieci? Autor wyjaśnia:

Rozdawanie ebooków daje mi artystyczną, moralną i komercyjną satysfakcję. Pytanie o stronę komercyjną tego przedsięwzięcia jest zresztą najczęstsze: jak mogę udostępniać ebooki za darmo i wciąż zarabiać na pisaniu?

Dla mnie - i dla każdego innego pisarza zresztą też - największym problemem nie jest piractwo lecz zasięg oddziaływania. Spośród wszystkich tych, którzy dziś nie kupili mojej książki, większość zrobiła to dlatego, że nigdy o niej nie słyszała, nie dlatego że zdobyła skądś wersję piracką. Megahity science-fiction sprzedają się w nakładach nie przekraczających 500 000 egzemplarzy, podczas gdy na San Diego Comic Con pojawia się nawet 175 000 odwiedzających. Łatwo zauważyć, że większość z tych, którzy deklarują, że „lubią science-fiction” tak naprawdę rzadko kupują taką literaturę. W tym stanie rzeczy bardziej opłaca mi się zaprosić więcej ludzi do mojego stoiska niż sprawdzać, czy każdy kto tam się pojawia kupił bilet wstępu.

Kopiowanie ebooków leży w ich naturze. Wiele spośród tych kopii ma swoje przeznaczenie, osobę, do której są adresowane. Osobę, do której książka dociera „z polecenia”, w ramach wymiany opartej na zaufaniu. To ten rodzaj reklamy, o jakiej śni każdy autor. Udostępniając swoje książki w formie elektronicznej ułatwiam swoim czytelnikom zdobywanie dla mnie kolejnych czytelników.

Co więcej, nie uważam ebooków za substytuty książek. Nie chodzi o to, że współczesne monitory nie nadają się do czytania - ludzie mnie podobni spędzają większość czasu na czytaniu tekstu w Internecie. Większy stopień zaawansowania w informatyce pociąga za sobą jednak niskie prawdopodobieństwo zapoznawania się z dłuższymi tekstami w sieci, a to dlatego że tacy ludzie robią na swoich komputerach więcej, niż inni. Mają w tle uruchomione komunikatory, programy do poczty elektronicznej, przeglądarki, gry, korzystają z własnej biblioteki muzycznej. Im więcej rzeczy robi się na komputerze, tym większe prawdopodobieństwo, że w przeciągu pięciu czy siedmiu minut pojawi się, coś, co odciągnie nas od czytania. To właśnie dlatego komputery wyjątkowo nie nadają się do czytania dłuższych form literackich - no chyba że ma się stalową samodyscyplinę mnicha.

To dobra wiadomość dla pisarzy, bo to oznacza że ebooki tak naprawdę stanowią zachętę do kupienia wersji drukowanej (która jest tania, łatwa do zdobycia i jakże prosta w obsłudze). Elektroniczna postać książki pozwala zapoznanie się z tekstem na tyle, żeby zdecydować się (lub nie) na zakup.

Tak więc ebooki służą do sprzedawania książek. Każdy pisarz, o jakim słyszałem, który zdecydował się na promocję przez rozdawanie ebooków, nie kończył na jednorazowej akcji tego typu. To ekonomiczne uzasadnienie tego, co robię.
Pora na uzasadnienie artystyczne. Mamy 21 wiek. Proces kopiowania nigdy już nie będzie trudniejszy, niż jest dziś. Twarde dyski nie staną się w przyszłości cięższe, droższe czy mniej pojemne. Sieci nie zwolnią, nie przerzedzą się punkty dostępowe. Jeżeli nie tworzysz sztuki podatnej na kopiowanie, nie tworzysz też sztuki, która ma szanse zaistnieć w tym stuleciu. W tworzeniu takiej sztuki jest coś urokliwego, tak samo jak urokliwe wydają się odwiedziny w wiosce pionierów, gdzie wiekowy kowal podkuwa koniom kopyta. Problem w tym, że to mało ma wspólnego z teraźniejszością. Jestem pisarzem science-fiction, powinienem pisać o przyszłości, w najgorszym wypadku o teraźniejszości. Sztuka, która nie poddaje się kopiowaniu należy do przeszłości.

Wreszcie, uzasadnienie moralne. Kopiowanie to naturalna czynność. Tak właśnie zdobywamy wiedzę (kopiujemy ją od rodziców, od otaczających nas ludzi). Moja pierwsza opowieść, powstała gdy miałem 6 lat, była po prostu remiksem Gwiezdnych Wojen, które dopiero co obejrzałem w kinie. Dziś, gdy Internet - ta największa maszyna kopiująca - jest już właściwie wszędzie, ten tkwiący w nas instynkt będzie tylko narastał. Nie dałbym rady powstrzymać moich czytelników przed kopiowaniem a gdybym próbował, okazałbym się hipokrytą. W wieku 17 lat robiłem składanki na taśmach audio, kserowałem komiksy i generalnie kopiowałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Gdybym wtedy miał dostęp do Internetu, kopiowałbym na jeszcze większą skalę.

Nie ma sposobu by ten proces zatrzymać. Ludzie, którzy próbują to robić, tak naprawdę wyrządzają więcej szkody niż piraci. Przedziwna krucjata przemysłu muzycznego przeciwko internautom (ponad 20 000 pozwanych osób, póki co) jest równie absurdalna, jak próba pozbycia się barwników z basenu kąpielowego. Mając do dyspozycji alternatywę: zezwolenie na kopiowanie albo szarża na każdego winnego, kogo można dopaść, wybieram to pierwsze.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że wydawcy książek są w uprzywilejowanej pozycji, mają więcej szczęścia niż wydawcy muzyki czy wytwórnie filmowe. Po pierwsze elektroniczne książki nie bardzo dają się czytać. Brnięcie przez kolejne strony na monitorze LCD to mordęga, osobiste czytniki z kolei są w dalszym ciągu mocno niedorozwinięte - analogowa książka bije na głowę swój cyfrowy odpowiednik. Przyjmując do wiadomości te raczej oczywiste prawdy, okazuje się że ebook jest idealnym narzędziem promocyjnym - można go sprzedawać za niewielkie pieniądze, licząc na zachęcenie czytelnika do kupienia wersji drukowanej. Dodatkowym atutem jest profil przeciętnego klienta. Dziś książki czyta zdecydowana mniejszość ludzi, elita, a jeżeli ktoś już czyta, to z reguły jest to osobnik lepiej wykształcony, lepiej zarabiający, ale równocześnie dość zabiegany, który nie ma czasu na pielgrzymki do księgarni i sprawdzanie czy to, co leży na półce jest aby na pewno warte swojej ceny i jego czasu. Ebook doskonale zapełnia tą lukę. To ten impuls, który może pchnąć czytelnika do zainwestowania w wersję drukowaną.

Kupiłem w Polsce jednego ebooka i wiem, że był to ebook póki co ostatni. Za jakieś 60% ceny drukowanego odpowiednika dostałem plik PDF, do którego muszę wklepywać hasło. Tak, za każdym razem gdy chcę do niego zajrzeć. Absurd DRM, idiotyzm do potęgi. Halo, drodzy biznesmeni znad Wisły: nie tędy droga.

A wracając na chwilę do powieści Doctorowa: na jej kartach mowa o systemie operacyjnym, którym posługują się młodzi hackerzy. System nosi nazwę Paranoid Linux. I wiecie co? Już ktoś się zajął tematem.

PS Jeżeli komuś mało argumentacji autora „Little Brother”, to może się zapoznać z podobnymi refleksjami Adama Angsta z „TidBits”.

PPS „Rozdając za darmo”, znów Cory.

Best Browser For Web

Już kiedyś wspominałem o Walcie Mossbergu. Tym razem Walt zabrał się za kolejną recenzję projektu sercu mojemu bliskiego: ocenił trzecią odsłonę Firefoksa.

Kilka cytatów:

for now, in my view, Firefox 3.0 rules on both Windows and Mac.

I couldn’t find any significant downsides to Firefox 3.0. Every page I tried rendered properly and rapidly on both platforms.

in my tests, this new third version of Firefox regained the speed crown. It beat IE 7 handily on my test Windows computers and edged Safari slightly on my test Macs.

My bottom line: Even though you already have a built-in browser, Firefox 3.0 can improve your Web experience.

Jak już kiedyś wspominałem, Mossberg cieszy się za oceanem potężnym autorytetem i jeden jego tekst w „The Wall Street Journal” wart jest tyle, co duża akcja promocyjna Mozilli. Ta recenzja to piękny podarunek dla MoFo sprezentowany tuż przed premierą; podarunek, który jakże pięknie da się marketingowo wykorzystać.