Pan pomidor [NSFW]

Pan pomidor wlazł na tyczkę i podglądał ogrodniczkę.

Pomidor w stanie pobudzenia

Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący, E-klasa

Jedną z wielu zalet bycia rodzicem[1] jest możliwość chodzenia do kina na filmy, na które normalnie by człowiek nie poszedł, no bo przecież już szron na głowie, już nie to zdrowie, prawda. Nie dalej jak wczoraj wsadziłem zatem rodzinę do samochodu i pomknęliśmy do Wrocławia na przedpremierowy pokaz najnowszej produkcji studia Pixar.

Nie ma takiej możliwości, żebyście nie słyszeli o filmie WALL-E. Nie ma takiej możliwości żebyście nie słyszeli o studiu Pixar.

ET pełną gębą, prawda? A to przecież robot, pomyślałem, jakie to stwarza możliwości przed scenarzystą! Ach, żeby tego tylko nie spieprzyli…

Dobra wiadomość: nie spieprzyli. Wprawdzie zamiast zgrabnej wariacji na temat „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” otrzymaliśmy rasowe love story, należy jednak pamiętać, że jest to film rodzinny, z przechyłem w stronę tej młodszej części rodziny. Ambicji projektowi przydaje fakt, że główni bohaterowie właściwie nie mówią, dialogi zaś zajmują może kilka stron A4. Poza tym cały półtoragodzinny film opiera się na obrazie. Ten broni się bez problemu - miłośnicy ładnych animacji będą mieli na czym oko zawiesić. Wielkie brawa należą się też dźwiękowcom, którzy odwalili kawał dobrej roboty konstruując mnóstwo „robocich” dźwięków, ale i tak wszystko to przebija dźwięk imienia Walle, wymawianego przez jego właściciela. Rewelacja.

Co z tego filmu mają rodzice? Kilka odwołań do klasycznego science-fiction (z czego najlepsza jest sekwencja z „Tako rzecze Zaratustra” Straussa, wiadomo z jakiego filmu) i premierową piosenkę Petera Gabriela, która stanowi tło dla napisów końcowych. Cała reszta to ukłon dla tego dzieciaka, które siedzi w każdym z nas. Jeżeli u kogoś nie siedzi, to proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje.

WALL-E to oczywiście fantastyczna maszynka do zarabiania pieniędzy. Moje czterolatki, gdy tylko słyszały pierwsze słowa lektora otwierające pojawiający się na MiniMini trailer filmu, biegły przed telewizor z drugiego końca mieszkania z radosny wrzaskiem „łoooooliiiiiiii!”. Od pierwszej emisji zapowiedzi filmu miały obiecane odpowiednie zabawki i - szczerze powiedziawszy - zdziwiłem się, gdy nie mogłem ich kupić od razu w kinie. Co jeszcze dziwniejsze: nie mogliśmy ich odnaleźć w żadnym z dwóch dużych centrów handlowych, które odwiedziliśmy w drodze do domu. Może to dlatego, że obejrzeliśmy bajkę jeszcze przed oficjalną premierą? W każdym razie marketingowa machina rozpędzi się już niebawem, więc róbcie oszczędności - przedsmak tego, co nadchodzi daje oferta Amazonu.

Sumując: macie dzieci? Weźcie pod pachę i idźcie, bo Pixar robi filmy ładne i niegłupie. Nie macie? Kaptur na łeb, lizak do ręki i dalejże bunkrować się gdzieś w słabo oświetlonym kącie. Być może nikt nie zauważy tego dużego dzieciaka. Bycie nim to w sumie żaden wstyd.


Przypisy:

  1. że wymienię: bycie wyciąganym z łóżka w porach dzikich, codzienny kontakt z klasyką poezji polskiej autorstwa pp. Tuwima i Brzechwy, zmierzenie się z definicją słowa „kopulacja” podczas proszonego obiadu []

Uwielbiam Magnatune

Zachęcił mnie CoSTa. Może inaczej: o Magnatune nie sposób w taki czy inny sposób nie usłyszeć, ale jakimś cudem nigdy nie chciało mi się bliżej przyglądać temu serwisowi. Dopiero właśnie pojawiające się od czasu do czasu na costowym blogu wzmianki spowodowały, że pewnego pięknego wieczoru tam zajrzałem. I wiecie co? Po kwadransie kupiłem pierwszy album.

Pomysł jest rewelacyjny. Artyści zamieszczają na Magnatune swoje nagrania, a użytkownicy mogą je sobie z poziomu flashowego odtwarzacza odsłuchiwać w bardzo dobrej jakości i zupełnie za darmo. Kiedy zdecydują, że chcieliby jakąś płytę kupić - robią klik!, decydują ile chcą zapłacić (od pięciu do osiemnastu dolarów), wybierają format (MP3, FLAC, WAV, AAC, Ogg Vorbis) i pobierają, nawet wielokrotnie (furtka otwarta jest przez 60 dni od momentu zakupu). Zupełnie za darmo muzyki wydawanej przez Magnatune można używać w niekomercyjnych podcastach (jedyne ograniczenie to bitrate 128 kb/s). Zerowe koszty związane są również z codziennym pobieraniem coraz to innego nagrania z oferty wydawnictwa. Żyć, nie umierać. Ach, za 18 dolarów można wykupić abonament na cały miesiąc i przez ten czas pobierać wszystko jak leci. Ktoś, kto ma szybkie łącze może więc zrobić mirror serwisu :)

W tej chwili jest do przejrzenia 609 albumów 270 wykonawców, co w sumie daje 8173 utwory. Póki co zapowiada się nieźle - jak już wspominałem po kilkunastu minutach dorwałem pierwszą wartą kupienia płytę. Tutaj kolejny ficzer Magnatune: każdy klient może zupełnie legalnie podzielić się kupioną muzyką z trzema osobami. Dzielę się zatem i ja: Big Dipper grupy Drop Trio, zajefajny instrumental spaceship jazz. Słucham już tego krążka po raz kolejny i wciąż daje mi on dużo radości. Pierwsze trzy osoby, które w komentarzach zadeklarują chęć otrzymania tej muzyki dostaną na adresy podane w formularzu wszelkie niezbędne informacje. Prosiłbym tylko, żeby nie rozpowszechniać tych nagrań dalej, grajmy fair, skoro ktoś robi nam dobrze.

Ważna rzecz: w kontaktach z Magnatune z górki mają linuksiarze. Zarówno Amarok, jak i Rhythmbox umożliwiają wygodne przeglądanie zasobów serwisu i dokonywanie zakupów (wydawnictwo wspiera zresztą finansowo oba projekty). Z grajków międzyplatformowych odpowiednią wtyczkę ma Songbird. Samo Magnatune stoi na Ubuntu :)

Zachęcam do korzystania z serwisu. Dokładnie tak powinna wyglądać dystrybucja muzyki w przyszłości, więc skoro można do tego dołożyć własną cegiełkę, to chyba warto?

Dzięki!

Jest rekord Guinessa!