„Benjamin Button”, albo plastik kontratakuje

Generalnie CG przerżnie z kretesem wszędzie tam, gdzie będzie próbowało podrabiać aktorów znanych, zakorzenionych w ludzkiej świadomości. Nie ma takiej możliwości, żeby cyfrowy Pacino wyglądał jak Pacino oparty na białkach. Co ciekawe, to właśnie Al grał kiedyś ze sztuczną żoną. Obejrzyjcie przed „Beowulfem”, koniecznie.

To ja sam, stąd, sprzed pół roku. Życie jest jednak cholernie niesprawiedliwe i potrafi zaskakiwać na różne, perfidne sposoby. „Beowulf” dał piękny pretekst do potraktowania filmowego, „realistycznego” CG z buta, tymczasem „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” daje kopa mnie. To boli.

Ale ossochodzi? W dużym skrócie o to:

[warto obejrzeć wersję HD, żeby docenić szczegóły animacji]

W ciągu dwudziestu minut i ośmiu sekund Ed Ulbrich wielokrotnie wymierza mi kolejne kopnięcia i udowadnia, że realistyczne CG wzorowane na prawdziwych aktorach ma sens. Wystarczy mały przełom w technologii.

Przełom nazywa „emotion capture”. W odróżnieniu od „motion capture” ma o wiele większą rozdzielczość - do tej pory sczytywano mimikę twarzy za pomocą jakichś 100 sensorów, bo większej ilości przykleić się po prostu nie da. Nie mieszczą się. Przełom przyniosła technologia Contour firmy Mova, która polega na pokryciu twarzy modela warstwą specjalnej powłoki, którą następnie skanuje do 256 niezależnych kamer. Różnica jest kolosalna - tradycyjne markery dają 100 płaszczyzn (polygons), Contour podbija poprzeczkę tysiąckrotnie (100 000 płaszczyzn; teoretycznie można to bez obaw skalować w górę). Do tego dołożono FACS Paula Eckmana i Wallece’a Friesena (w skrócie - każde złożenie mięśni na ludzkiej twarzy można skonstruować opierając się jedynie na 66 podstawowych kombinacjach). Zeskanowano twarz Pitta w każdym z tych 66 grymasów i na podstawie tych danych stworzono bazę danych wszystkich możliwych kombinacji, jakie jego mięśnie są w stanie wykonać. W oparciu o anatomiczny model głowy Pitta stworzono makiety głów Benjamina w wieku 60, 70 i 80 lat. Makiety zeskanowano i cyfrowe modele wprowadzono do komputera. W procesie re-targetingu przeniesiono cyfrowo 66 podstawowych min Pitta na wszystkie trzy modele Buttona. Teraz tylko dobranie aktorów do każdego z „wieków” Buttona, wirtualne odcięcie im głów i włożenie na to miejsce gotowych modeli cyfrowych. Brad Pitt, proszę Państwa, gra w tym filmie tylko wtedy, gdy jego wiek zgadza się z wiekiem granej przez niego postaci. Wszystkie inne etapy to wygenerowana cyfrowo głowa z podłożonym głosem.

Widziałem wcześniej urywki i byłem pewien, że to charakteryzacja. Zrozumiecie zapewne dlaczego więc po obejrzeniu prezentacji Ulbricha urwało mi dupę poniżej kolan.

To, co pokazano przy okazji tej produkcji, to jest dokładnie takie zastosowanie technologii, jakie powinno mieć miejsce. Obaw o wskrzeszenie Chaplina czy Marylin Monroe chyba mieć nie powinienem - wymagany jest żywy model. No chyba, że studia zaczną skanować - na wszelki wypadek - każdego aktora a taki zapis znajdzie się w każdym kontrakcie. Początkujący podpisze, nie będzie miał wyjścia. Rodzi to oczywiście gigantyczne problemy prawne (ochrona dobrego imienia osoby nieżyjącej?) i oby do tego nie doszło. Póki co cieszmy się tym, co mamy, tym bardziej że jak nic technika wyewoluuje.

Naprawdę, homo sapiens ma wielkie możliwości, szkoda tylko, że czasami tak głupio się zachowuje. Chapeau bas! zatem i „nigdy nie mów nigdy”.

Na każdym zebraniu jest taka sytuacja…

…że ktoś musi zacząć pierwszy. Dokładnie dwieście lat temu urodził się człowiek, który jako jeden z nielicznych dostrzegł coś, co zmieniło historię nauki i sposób postrzegania świata wokół nas. Rozpoczął - nie bójmy się tych słów - rewolucję. Rewolucję, którą nie wszyscy zresztą od razu zauważyli, bo gdy w roku 1858 Anglik, o którym mowa przedstawił główne tezy swojej teorii na posiedzeniu Linnean Society, to jej przewodniczący, w swym corocznym sprawozdaniu tak podsumował ostatnie dwanaście miesięcy działalności stowarzyszenia:

Nie naznaczył się on żadnym z owych uderzających odkryć rewolucjonizujących, jak to się mówi, gałąź biologii, której dotyczą; takich bowiem nagłych i błyskotliwych innowacji, które wywierają znaczny i nieprzemijający wpływ na naturę którejkolwiek z dziedzin nauki, czy też niosą z sobą trwałą i ważną korzyść dla rodzaju ludzkiego, można oczekiwać jedynie w znacznych odstępach czasu.

Jakże się mylił. Dziś Thomas Bell - autor tego cytatu - dorobiłby się zapewne swojej fotki z podpisem „epic FAIL”.

Wydana rok później On the Origin of Species by Means of Natural Selection, or the Preservation of Favoured Races in the Struggle for Life dość długo miała problemy z przebiciem się do społecznej świadomości, ale dziś uchodzi za jedno z najważniejszych opracowań naukowych w dziejach rodzaju ludzkiego[1]. Dziś rocznica dwusetnych urodzin jej autora, Charlesa Darwina.

Mógłbym oczywiście w tym miejscu skonstruować okolicznościową laurkę poprzetykaną cytatami. Zamiast tego jeden cytat, za to spory. Tekst pochodzi z drugiego września 1998 roku i jest zapisem wystąpienia Douglasa Adamsa na konferencji Digital Biota 2. Tytuł wystąpienia: „Czy istnieje sztuczny Bóg?” („Is There An Artificial God?”). To, co znajdziecie poniżej to tylko fragment większej całości (jakieś 60% oryginalnego tekstu), którą w pocie czoła przekładam na ojczysty. Niechże posłuży jako teaser, reszta już niebawem w dziale teksty.pl.

Dlaczego akurat Adams? Przede wszystkim dlatego, że mam do niego słabość. Nie mniej ważne jest znakomite moim zdaniem powiązanie teorii ewolucji z informatyką i jakże pociągająca teoria czterech wieków piasku. W publikowanym dziś fragmencie mowa o tylko trzech wiekach - czwarty zostanie wyjaśniony w momencie publikacji całości. W tym miesiącu, jak sądzę.

Panie i panowie, Douglas Adams.

*****

Skąd wzięła się idea Boga? Cóż, myślę, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest bardzo zniekształcone, spróbujmy jednak zastanowić się co spowodowało, że takie jest. Wyobraźcie sobie wczesnego człowieka. Jest on, jak inne stworzenia dookoła, efektem ewolucji i właśnie zaczyna przejmować kontrolę nad tym, co go otacza. Wytwarza pierwsze narzędzia i z ich pomocą przekształca środowisko – funkcją tych pierwszych wytworów jego rąk jest właśnie zmienianie świata. Aby lepiej uzmysłowić sobie różnicę między pierwotnym człowiekiem i zwierzętami rozważmy wykształcanie się nowych gatunków, które jak wiemy ma miejsce, gdy niewielka grupa zwierząt zostaje w wyniku jakiegoś nagłego wydarzenia oddzielona od reszty stada. Powiedzmy na przykład, że nowe środowisko, do jakiego trafia, charakteryzuje się nieco tylko niższą temperaturą powietrza. Wiemy dziś, że na przestrzeni kilku pokoleń te z genów, które odpowiadają za wykształcenie grubszego futra uzyskają przewagę i po upływie pewnego czasu zastaniemy na tym terenie zwierzęta z futrem grubszym niż ich przodkowie. Wczesny człowiek, twórca narzędzi, nie podlega tym samym prawom przyrody – jest w stanie zasiedlić najprzeróżniejsze zakątki planety, od tundry po pustynię Gobi. Gdy pojawia się nagle na terenach o chłodniejszym klimacie i dostrzega zwierzę, które posiada geny odpowiadające za wykształcenie grubego futra, po prostu sobie to futro bierze. Narzędzia ukierunkowały nas na myślenie intencjonalne – pozwalają na zmianę świata w taki sposób, by lepiej do nas pasował.

Teraz wyobraźmy sobie tegoż człowieka, gdy pod koniec pracowitego, wypełnionego produkowaniem narzędzi dnia rozgląda się wokoło i zaczyna zastanawiać się nad tym, co go otacza. Widzi świat, który niezwykle mu odpowiada. Za plecami ma góry – góry są dobre, bo pełne są jaskiń, które chronią przed deszczem i przed atakiem niedźwiedzia. Przed sobą widzi las – las jest dobry, są w nim orzechy, jagody i mnóstwo pysznego jedzenia. W pobliżu przepływa strumień – strumień jest dobry, można się z niego napić i pływać po nim łódką. Niedaleko widzi kuzyna – kuzyn Ug właśnie upolował mamuta – mamuty są dobre, bo można je zjeść, można uszyć z nich ubrania, z ich kości można zrobić broń, za pomocą której łatwiej upolować kolejnego mamuta. To jest dobry świat, to jest świat wręcz fantastyczny. Wczesny człowiek, w tej chwili refleksji myśli „świat w którym żyję jest doprawdy bardzo interesujący”, po czym zadaje sobie bardzo zdradzieckie, zwodnicze pytanie, pytanie które kompletnie nie ma sensu, ale które jednak pada – tylko z tego powodu, że dotychczasowy rozwój dokładnie tak ukierunkował jego umysł. Człowiek-wytwórca spogląda więc na świat i pyta sam siebie „Kto stworzył świat?” Dostrzegacie już zdradliwość tego pytania? Nasz przodek myśli: „Skoro znam tylko jeden gatunek, który potrafi wytwarzać różne rzeczy, to stwórca świata, w którym żyję musi być istotą nieporównanie potężniejszą i koniecznie niewidzialną, a skoro to ja jestem na tyle silny by wytwarzać narzędzia, to stwórca wszechrzeczy musi też być mężczyzną”. Tak powstaje idea Boga. I dalej, skoro wytwarzamy narzędzia z myślą o ich konkretnym przeznaczeniu, kolejną myślą naszego przodka jest „skoro to wszystko stworzył, to po co to stworzył?”. Sprężyna pułapki zwalnia się, gdy w głowie wczesnego człowieka rodzi się przełomowa myśl – „ten świat pasuje do mnie doskonale. Te wszystkie rzeczy wkoło wspierają moją egzystencję, istnieją po to, bym mógł żyć”. W ten właśnie sposób człowiek dochodzi do wniosku, że ktokolwiek stworzył świat, stworzył go dla niego.

To trochę tak, jakby kałuża, budząc się pewnego ranka, pomyślała: „Świat, który mnie otacza jest niezwykle interesujący. Ta dziura, która zapełniam, pasuje do mnie całkiem dobrze, czyż nie? W rzeczy samej, pasuje do niej tak fantastycznie, że na pewno stworzono ją tylko po to, bym mogła ją wypełnić swoim jestestwem!” Ten wniosek jest na tyle uwodzicielski, że – pomimo unoszącego się na niebie słońca, wzrastającej temperatury i towarzyszącemu temu kurczeniu się powierzchni kałuży – ta tak uporczywie trzyma się myśli, że wszystko będzie dobrze, bo przecież świat został stworzony z myślą o niej, że moment, w której do szczętu wysycha wita z wielkim zaskoczeniem. Tego właśnie powinniśmy się bardzo obawiać. Wiemy już, że w pewnej chwili Wszechświat po prostu się skończy i że nieco wcześniej, choć i tak nie aż tak szybko żeby teraz panikować, nasze słońce eksploduje. Z jednej strony mamy jeszcze sporo czasu, z drugiej – powinniśmy się obawiać takiego sposobu myślenia. Przypomnijcie sobie co miało wydarzyć się pierwszego stycznia 2000 roku – a przecież od dawna wiedzieliśmy, że stulecie kiedyś się skończy! Sądzę, że powinniśmy spojrzeć z szerszej perspektywy na to kim jesteśmy, co tu robimy i jak zamierzamy przetrwać.

Jak już wspominałem, w naszym postrzeganiu świata jest kilka niedorzeczności. Sam fakt, że mieszkamy na dnie głębokiej grawitacyjnej studni, na powierzchni planety pokrytej gazowym obłokiem, która w odległości 90 milionów mil krąży wokół nuklearnej, ognistej kuli i nadal myślimy, że to normalne w dużym stopniu mówi jak bardzo skrzywiony jest nasz obraz rzeczywistości. Na szczęście, w trakcie intelektualnej ewolucji mozolnie zdołaliśmy skorygować sporo podobnych nieporozumień. Co ciekawe, w dużej mierze zawdzięczamy to piaskowi, porozmawiajmy zatem teraz o czterech wiekach piasku.

To właśnie z piasku otrzymujemy szkło, ze szkła robimy soczewki, soczewki wkładamy do teleskopów. Pierwsi astronomowie – Kopernik, Galileusz i inni – zwrócili wzrok w niebiosa i dostrzegli, że Wszechświat jest zdecydowanie czymś innym od naszych wyobrażeń. Odkrycia ich i ich następców uzmysłowiły nam, że nasz świat jest mikrą drobinką krążącą wokół kuli ognia o napędzie nuklearnym, która jest jedną z milionów tworzących jedną galaktykę, których z kolei miliony lub miliardy tworzą Wszechświat, który – jak się okazuje – też może występować w miliardach wersji. To wszystko nieco skorygowało nasze przeświadczenie o tym, że Wszechświat należy do nas.

Idea równoległych wszechświatów bardzo mi się podoba – ostatnio czytałem znakomitą książkę Davida Deutscha „Struktura rzeczywistości” („The Fabric of Reality”), w której rozważa on właśnie tą teorię. Wywodzi się ona ze słynnej dychotomii zachowań światła – że nie można mierzyć go jako fali, gdy zachowuje się jak fala i nie można mierzyć go jak cząsteczki, gdy zachowuje się jak cząsteczka. Jak to możliwe? David Deutsch stwierdza, że założenie iż nasz Wszechświat jest tylko jedną warstwą, wkoło której rozciąga się nieskończona liczba kolejnych warstw nie tylko rozwiązuje ten problem, ale też powoduje, że problem jako taki znika. Dokładnie tak powinno się bowiem zachowywać światło w takich warunkach. Mechanika kwantowa formułuje swoje twierdzenia w oparciu o teorię wielu wszechświatów, chociaż przeciętnemu zjadaczowi chleba takie pomysły wywracają mózg na lewą stronę.

Podobnie zresztą jak za czasów sporu Galileusza z Watykanem. Stolica Piotrowa nie miała nic do danych, jakie ten zbierał podczas swoich obserwacji – nie podobała jej się jedynie interpretacja tych danych. „Możesz oczywiście twierdzić, że planety zachowują się tak, jakby poruszały się po orbitach, możesz mówić, że nasz świat zachowuje się jak planeta krążąca wokół słońca. Nie wolno ci tylko twierdzić, że tak się dzieje w rzeczywistości – na twierdzenia o rzeczywistości monopol mamy my a twoje wnioski kompletnie wywracają nam mózg na lewą stronę”. Twierdzę zatem, że być może teoria równoległych wszechświatów jest po prostu kolejną barierą, którą musimy przekroczyć w naszych umysłach, tak jak wielokrotnie robiliśmy to w przeszłości.

Kolejnym wnioskiem wynikającym z tej teorii jest fakt, że Wszechświat jest złożony praktycznie z niczego. Gdziekolwiek nie spojrzeć – pustka, czasami tylko przerywana małymi cząsteczkami skał lub światła. Pomimo tak dominującej pustki byliśmy w stanie – na podstawie obserwacji tych nielicznych cząstek materii – dojść do ogólnych praw rządzących na przykład grawitacją. Z pierwszej ery piasku wyłoniło się makroskopowe widzenie Wszechświata.

Następna era piasku to era mikroskopowa. Wkładamy soczewki w mikroskopy i zaczynamy przyglądać się mikroskopowemu obrazowi Wszechświata. Zaczynamy rozumieć, że po dotarciu do poziomu subatomowego dotychczasowy solidny obraz rzeczy zaczyna się rozsypywać na naszych oczach – ponownie okazuje się, że składamy się praktycznie z  niczego. Gdy w końcu wydaje nam się, że udało nam się zaobserwować „coś”, zaraz okazuje się, że mamy do czynienia jedynie z prawdopodobieństwem występowania „czegoś”.

Ten Wszechświat jest zwodniczy. Z każdym kolejnym krokiem coraz silniej przekonujemy się o tym, że nasze o nim wyobrażenie – jako miejscu stworzonym tylko dla nas – nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W tym momencie historii nadal wnioskujemy z fundamentalnych, jeszcze nowych praw – poznajemy zasady działania grawitacji, oddziaływania słabych i silnych sił nuklearnych, strukturę materii, naturę cząsteczek i tak dalej. Mając jednak te podstawy nadal nie bardzo ogarniamy całościowy obraz rzeczy, a to dlatego, że związana z tym matematyka jest dość skomplikowana. Dochodzimy zatem do obrazu Wszechświata przypominającego mechanizm zegarka, bo na tyle pozwala nam ówczesny poziom matematyki. Nie chciałbym oczywiście w najmniejszym stopniu deprecjonować osiągnięć Newtona – był on pierwszym człowiekiem, który zauważył, że przyroda kieruje się zasadami, których nie da się dostrzec z naszej perspektywy. Jego pierwsza zasada dynamiki – że ciało pozostanie w spoczynku lub ruchu dopóki nie zaczną oddziaływać na nie inne siły – jest przeciwintuicyjna. Żaden z nas, żyjących w grawitacyjnej studni i gazowej otoczce, nie potwierdza tego obserwacją: cokolwiek wprawimy w ruch musi się w końcu zatrzymać. Jedynie przez bardzo, bardzo staranną obserwację, dokładne pomiary i wnioskowanie z praw podstawowych widać, że Newton sformułował prawidłowe zasady dynamiki. Tyle, że z dzisiejszego punktu widzenia widać też, że obraz Wszechświata, jaki się wyłonił z tych teorii był bardzo prymitywny. Przypomnę raz jeszcze – nie jest moim celem deprecjonowanie tego osiągnięcia, które było przecież monumentalne.

W tamtych czasach otoczeni byliśmy przez byty, które były niemal niewidoczne dla nauki. „Niemal”, ponieważ nauka nie miała na ich temat nic ciekawego do powiedzenia. Chodzi mi o psy, koty, krowy i inne tego rodzaju stworzenia. My, istoty żywe, byliśmy wówczas poza zasięgiem nauki, w sumie nie spodziewaliśmy się nawet, że w przewidywalnej przyszłości stan ten ulegnie zmianie.

Mogę wyobrazić sobie Newtona pracującego nad prawami dynamiki i próbującego przejrzeć zasady rządzące Wszechświatem, mogę też wyobrazić sobie towarzyszącego mu wówczas kota. Powód, dla którego przed długi czas nie byliśmy w stanie odkryć zasad, na jakich działa kot był jeden, ale zasadniczy – od czasów Newtona poznawaliśmy różne rzeczy, rozbierając je na kawałki. Rozebranie kota na kawałki jest średnim pomysłem – otrzymuje się bowiem niedziałającego kota. Życie posiada stopień komplikacji leżący niemal poza naszym polem widzenia. Postrzegaliśmy przedmioty ożywione jako niemal odrębny rodzaj materii, materii, która posiadała tajemniczą siłę, nadaną przez boga – to było nasze najlepsze wytłumaczenie. W roku 1859 następuje rewolucja – Darwin publikuje „O powstawaniu gatunków”. Sporo czasu zajmuje nam dobre zrozumienie tej teorii i pogodzenie się z wnioskami z niej płynącymi - strąca nas bowiem ona z piedestału, na którym sami się postawiliśmy. Nagle okazuje się, że nie dość, że nie znajdujemy się w centrum Wszechświata i składamy się praktycznie z niczego, to jeszcze do obecnej pozycji doszliśmy, zaliczając po drodze stadium ślimaka i małpy. Nie wygląda to dobrze. Problem polega też na tym, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć sił ewolucji z odpowiedniej perspektywy. W pewnym sensie Darwin był jak Newton: jako pierwszy dostrzegł zasady wcale nie oczywiste, nie dające się w prosty sposób zaobserwować. Musieliśmy wykonać gigantyczną pracę umysłową żeby pojąc naturę zjawisk zachodzących wokół nas i nie mieliśmy punktu odniesienia, brakowało przykładów działania ewolucji. Nawet w obecnych czasach problemem jest przekonanie osoby sceptycznej „do tej całej ewolucji” i żądającej pokazania dowodów. Trudno je znaleźć opierając się na prostej obserwacji.

Tutaj wkraczamy w trzecią erę piasku. Odkrywamy kolejne jego zastosowanie – krzem. Produkujemy układy scalone i okazuje się, że dzięki nim odkrywamy Wszechświat pełen nie podstawowych cząstek i podstawowych sił, ale procesów nimi rządzących. Układy scalone pozwalają na niewiarygodne przyspieszenie obliczeń, na modelowanie podstawowych procesów, które – jak się okazuje – są zdumiewająco podobne do życia, są podobnie proste w działaniu. Iteracja, pętle, rozgałęzienia – podstawowe „cegiełki”, w oparciu o które działa komputer niemal dokładnie odpowiadają zasadom ewolucji. Stan wyjściowy jednej generacji jest stanem wejściowym drugiej generacji. Mamy wreszcie działający model, no może nie tak od razu, bo pierwsze komputery są jeszcze za słabe by udźwignąć taką ilość operacji. Stopniowo jednak dochodzimy do punktu, w którym nie musimy już wnioskować lub zgadywać – możemy zasymulować bardzo złożone procesy, które wcześniej objąć rozumem mogli tylko najbystrzejsi z nas. Nasza duma, duma z przynależności do gatunku stojącego na szczycie drabiny ewolucji przestaje już nas krępować i ograniczać.

Komputer daje nam zupełnie nową perspektywę, ponieważ dzięki niemu możemy wyraźnie dostrzec jak działa życie. To bardzo ważny punkt w historii, bo dostajemy do ręki zbiór pojęć, które są znajome każdemu, kto orientuje się, na jakich zasadach działa komputer. Ewolucja nagle przestaje być abstrakcją – zaczyna działać jak program komputerowy, który na najniższym poziomie składa się z podstawowych, bardzo prostych instrukcji, które przez składanie ich w coraz bardziej rozbudowane sekwencje doprowadzają do stworzenia niezwykle rozbudowanych programów. Przez „rozbudowany program” rozumiem w tym samym stopniu edytor tekstu, jak programy Tierra i Creatures.

Pamiętam pierwszą swoją lekturę podręcznika programowania, wiele, wiele lat temu. Zacząłem używać komputerów gdzieś w roku 1983 i chciałem wiedzieć o nich coś więcej, więc pomyślałem, że powinienem dowiedzieć się czegoś o programowaniu. Kupiłem podręcznik do C i przeczytałem pierwsze dwa czy trzy rozdziały, co zajęło mi jakiś tydzień. Na końcu tego fragmentu książki pogratulowano mi, że oto udało mi się wyświetlić na ekranie literę A. Pomyślałem wtedy „Rany, chyba czegoś tutaj nie rozumiem – skoro wyświetlenie litery A wymagało ode mnie tyle pracy, to co będzie, gdy zechcę wyświetlić literę B?” Proces programowania, założenia powalające budować skomplikowane struktury z prostych „klocków” były mi wówczas zupełnie obce i nienaturalne – dziś jest inaczej, bo dziś wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak działają komputery.

Tak więc nagle okazuje się, że ewolucja przestaje być problemem. Wyobraźcie sobie tak scenariusz. W pewną środę jakaś osoba zostaje zauważona na londyńskiej ulicy podczas popełniania przestępstwa. Nad sprawą pracuje dwóch detektywów. Jeden z nich pochodzi z XX wieku, a drugi – dzięki cudom science fiction – z wieku XIX. Problem z wyjaśnieniem tej sprawy jest taki, że w środę widziano podejrzanego w Londynie, zaś inny świadek, równie wiarygodny, upiera się, że widział ją w środę w  Santa Fe. Jak to wytłumaczyć? Detektyw dziewiętnastowieczny może jedynie założyć jakąś magiczną interwencję. Detektyw nam współczesny być może nie stwierdzi z całą pewnością, iż podejrzany „poleciał takim a takim lotem BA, by potem przesiąść się na taki a taki lot United”. To jednak nie jest problem. Wystarczy, że stwierdzi „Skorzystał z samolotu. Nie wiem jeszcze z którego i mogę mieć pewien kłopot z ustaleniem tego, ale zasadniczo w całej sprawie nie ma żadnej tajemnicy”. Nie ma, bo wszyscy zdajemy sobie sprawę z istnienia pasażerskich samolotów odrzutowych. Nie wiemy czy podejrzany poleciał BA178 czy może UA270, ale z grubsza wiemy jak to zrobił. Myślę, że w miarę jak coraz bardziej będziemy się oswajać z techniką komputerową, im bardziej będzie do nas przemawiał proces budowania czegoś wielkiego z rzeczy bardzo prostych, tym łatwiej będzie nam zrozumieć życie jako samonapędzający się fenomen. Możemy nigdy nie odkryć pierwszych budulców życia na ziemi, ale proces jako całość nie będzie już tajemnicą.

Dotarliśmy wreszcie do punktu (chociaż pierwsze oznaki rewolucji widzieliśmy już w roku 1859, to tak naprawdę dopiero komputer dał nam do ręki twarde dowody), w którym możemy odpowiedzieć na pytanie „Czy naprawdę istnieje wszechświat nie zaprojektowany „z góry”, tylko „z dołu”? Czy złożone formy mogą powstać z prostych elementów składowych?” Nigdy nie mogłem zrozumieć w jaki sposób idea Boga mogła zostać uznana za wyczerpujące wyjaśnienie złożoności świata wokół nas – nie wyjaśnia bowiem skąd wziął się sam Bóg. Jeżeli założymy istnienie twórcy, którego twory muszą być przecież prostsze niż on sam, to nasuwa się pytanie „co jest bardziej skomplikowane niż Bóg?” Jest już jeden model świata, który zakłada, że wszystko opiera się na żółwiach, ale oto mamy kolejny – Wszechświat opierający się na kolejnych Stworzycielach. Kiepskie to wytłumaczenie. Teoria opierająca się na potężnej tautologii, że wszystko co się wydarza, wydarza się oferuje bardzo prostą i jednocześnie wyczerpującą odpowiedź, która nie wymaga już dalszych uzasadnień.


Przypisy:

  1. tych, którzy właśnie zamierzają krzyknąć coś w rodzaju „Ale to było nieuniknione!” odsyłam do tekstu PZ Myersa. []

CC FTW!

Być może niektórzy wiedzą, reszta nie - mam ci ja konto na Flickerze. Konto dawno zresztą nie odświeżane, no ale nie o tym miałem…

Zdjęcia tam umieszczone są objęte bardzo liberalną licencją i szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałem się specjalnie nad jej wyborem - trzeba było coś wskazać, to wskazałem na CC, to było dla mnie oczywiste. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ktoś je zechce wykorzystać. Bo wiecie, o takich rzeczach to się czyta u Lessiga, ale żeby w prawdziwym życiu? W życiu!

Do dziś. Dziś otrzymałem komentarz Corey’a Lallo (północne Illinois), który prowadzi bloga KidKaizen. Z czym to się je? Corey ma głos:

Every facet of the word “Kid” is worthy of exploration. Being a kid, making a kid, raising a kid, talking to a kid, listening to a kid, hugging a kid, loving a kid and being loved by a kid. While parenting can be the hardest job imaginable and can have the effect of amplifying our imperfections and shortcomings, it is exciting nonetheless and can trump any profession by evolving into an obsession.

Kaizen (prounounced Ki- like “eye”, zen) is Japanese for “continuous improvement” and as a philosophy focuses on that improvement in all aspects of life. As it applies to the workplace Kaizen relates to Lean Processing as a method to eliminate wastes of time and cost. KidKaizen will concentrate on the “all aspects of life” interpretation and apply it to our interaction with kids.

Corey natknął się na jedną z moich fotek poprzez wyszukiwarkę Creative Commons. Zdjęcie się spodobało, więc je sobie pożyczył, użył w swoim artykule, ładnie podlinkował, po czym wystawił komentarz z informacją, że oto sobie użył. Wersal, proszę ja Was.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że jak się człowiek naczyta o kolejnych plagiatach w polskim internecie, to takie zachowanie i takie maniery lekko go zaskakują, choć przecież powinny być naturalne, prawda? Wiem czym jest Creative Commons, wiem jakie idee za nią stoją, więc postępuję w jej duchu.

Niby to takie oczywiste a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu. W każdym razie - CC działa, korzystajcie, jeśli tylko możecie.

Sztuka dokumentu. Właściwie - jakieś 350 sztuk.

Gdyby kogoś nudziły już powoli virale czy kolejne trailery oglądane w sieci i chciałby się intelektualnie sponiewierać - zapraszam na witrynę Top Documentary Films. Blisko 350 filmów dokumentalnych w szesnastu kategoriach, cierpliwie pozbierane na sieci i spięte WordPressem. Do oglądania online, żadnych torrentów.

Problemem jest jakość kompilacji. Wysiłek intelektualny rozpoczyna się już na etapie przeglądania zasobów - sporo tam paradokumentalnych odpadków (9/11, UFO, Atlantyda i temu podobne), ale przy odrobinie samozaparcia można trafić rzeczy naprawdę ciekawe i warte tych kilkudziesięciu minut uwagi. Wszystko rzecz jasna po angielsku. Takie czasy, globalizacja jej mać.

Why so serious?

W roli głównej: Nutella.