tojaniegram.pl

Jest sobie taka firma CD Projekt. Firma ta wydała na polskim rynku grę „Różowa Pantera z misją w kosmosie”. Jest to gra, którą kupiłem swoim dzieciom.

Problem z „Różową Panterą” jest taki, że nie da się jej nawet zainstalować. Jak wiele współczesnych produkcji, także i ta jest oparta na Directorze, a któraś z wcześniejszych gierek zainstalowanych na laptopie młodych musiała coś tu namieszać, no i runtime Directora wysypuje się malowniczo. OK, zdarza się. Pech chce, że ja tą grę w pełni legalnie kupiłem, przy okazji kupując również prawo do skorzystania z pomocy technicznej. Pomyślałem, że skoro mam taką możliwość, to skorzystam.

Błąd. Po wysłaniu zgłoszenia problemu[1] otrzymałem automatyczną odpowiedź, że dziękują, że odezwą się w ciągu 48 godzin, że gdyby się przedłużyło, to mnie poinformują. Wersal. Taaaak. To było trzynastego maja. Dziś jest dwudziesty czwarty. Prawie dwa tygodnie. Zero odpowiedzi.

Wniosek, drogi CD Projekcie (czy też drogie gram.pl[2]), jest dla was mało budujący. Kolejny klient, który zostanie tak potraktowany zapewne poważnie się zastanowi zanim kupi kolejną legalną grę. Ściągnie sobie ją z sieci albo skopiuje od znajomego - poziom wsparcia technicznego taki sam.

A potem będzie płacz i zgrzytanie zębów.


Przypisy:

  1. ze zrzutami ekranu, z logiem z DirectX i w ogóle; gdybym to ja w pracy dostawał takie zgłoszenia błędów, to bym przez tydzień chodził pijany ze szczęścia. []
  2. sam już nie wiem jakiego rodzaju powiązania istnieją między tymi firmami []

Hawking dla dzieci

Właśnie skończyliśmy czytać. O, coś takiego:

Fantastyczna rzecz. Nie będę streszczał, bo nienawidzę streszczeń, chętni sobie wyguglają. Dobrze napisana książka dla dzieci wprowadzająca je w podstawowe pojęcia astronomii. Nie tylko w sumie dla dzieci, bo ja na przykład dowiedziałem się, że czarne dziury znikają, co więcej: teoretycznie jest możliwość odtworzenia przedmiotów „połkniętych” przez te obiekty.

Nie, bez obawy, dzieci wam nie usną z nudów przy poznawaniu etapów narodzin i umierania gwiazd. Moje dwa brzdące już po kilku pierwszych rozdziałach wsiąkły całkowicie i wieczorem, w porze czytania dopytywały się co tam nowego u Jerzego. Gdyby ktoś z czytających mnie rodziców miał dylemat co w następnej kolejności wziąć na warsztat, to ja bardzo polecam najnowsze dzieło Stephena Hawkinga[1]. Raz już napisał dobrą książkę dla dorosłych, teraz poprawił równie dobrą dla dorosłych nieco mniej.


Przypisy:

  1. no dobrze, napisane właściwie przez jego córkę, ale to nie brzmi tak dobrze, prawda? []

Ubuntu One

Wszyscy już zapewne wiedzą, że Canonical rozpoczął fazę beta nowej usługi - Ubuntu One. I ma w związku z tym problem. Ubuntu posiada coś takiego, jak Ubuntu Philosophy. Trzy punkty, które powinny wyznaczać kierunek rozwoju projektu. W punkcie pierwszym Filozofia stwierdza:

Every computer user should have the freedom to download, run, copy, distribute, study, share, change and improve their software for any purpose, without paying licensing fees.

Problem, o którym wspomniałem wyżej wynika ze zderzenia punktu pierwszego z rzeczywistością - o ile klient nowej usługi jest open source, to już jej backend nie. To jest zresztą generalnie problem z całym tzw. „cloud computing”, które przeprowadza oprogramowanie z komputera użytkownika na serwery dostawcy. Chociaż - warto dodać - Canonical postarało się bardziej niż Dropbox, który po stronie klienta oprócz otwartoźródłowej wtyczki do Nautilusa instaluje też własnościowego demona zarządzającego właściwą synchronizacją. W Ubuntu One własnościowe jest tylko to, co działa „w chmurze”.

Osoby, które nigdy nie używały Linuksa nie bardzo wiedzą w czym problem. Osoby, które nigdy nie używały Linuksa posiadają na swoim komputerze system operacyjny, który zarządza pracą ich maszyny. Osoby, które nigdy nie używały Linuksa często nie potrafią zrozumieć dlaczego system operacyjny może wzbudzać emocje większe niż te, które przy kasie towarzyszą zmianie właściciela biletów płatniczych Narodowego Banku Polskiego. Osoby te mogą w tym momencie przestać czytać, bo nie chce mi się strzępić klawiatury na tłumaczenie wszystkiego od podstaw.

Do pozostałych: pisze do was facet korzystający z OS X i Safari. Tenże facet ma 9.04 na laptopie, choć nie ma czasu żeby przy tym laptopie porządnie przysiąść; ma też w pracy Ubuntu Server i bardzo go sobie chwali. Ten facet wszystko rozumie, te dylematy, te rozterki, te imponderabilia. To jest ten sam facet, który kupił i przeczytał „W obronie wolności”, zdaje się że zrozumiał zawarte w niej treści, zaś samego autora bardzo lubi i chyba już nie przestanie. Tak, Torvaldsa też. ALE…

Pięć lat temu, gdy Canonical wchodziło do gry z 4.10, robiło to w bardzo określonym celu. Shuttleworth nie krył nigdy, że interesuje go wpisanie się na karty historii, bo pieniądze już ma. Chciał zrobić z Linuksa liczący się system operacyjny, przy okazji zmieniając sposób tworzenia oprogramowania, czy raczej filozofię jego tworzenia. Można to zrobić na dwa sposoby: siłom i godnościom osobistom albo cwaniej, idąc na kompromisy. Przede wszystkim zaś bój idzie o to, by dostarczyć projektowi solidnych, niezależnych od portfela sponsora źródeł finansowania. Były już zatem komercyjne kodeki, był Landscape, teraz dołącza Ubuntu One. Nie mnie oceniać czy są to dobre pomysły na finansowe wybicie się na niepodległość, ale jedną rzecz do wiadomości przyjąć musimy: albo chcemy dystrybucji, która na biurku pcha całą platformę do przodu, albo obrażamy się na rzeczywistość i zamykamy w getcie. Zresztą… Każdy linuksiarz wie, że w każdej chwili może zmienić dystrybucję, nie wysilając się przy tym zbytnio.

Gdyby mnie ktoś zatem pytał, to ja trzymam kciuki za Ubuntu One, tym bardziej że docelowo nie ma to być klon Dropboksa, ale kompleksowa usługa z konkretnym API, które umożliwi twórcom aplikacji „gadanie” z chmurą, czyli coś więcej niż na przykład MobileMe. Nazwa trochę średnio dobrana, ale zobaczymy.

Sursum corda, panowie linuksiarze. Będzie dobrze.

Japko TV

Znów zrobiłem coś, o co bym się nigdy nie podejrzewał. I znów przez żonę.

Ale po kolei.

Mam to szczęście, że moja lepsza połowa lubi gadżety. W sensie, że elektroniczne. Nigdy nie miałem większych problemów z uzyskaniem zielonego światła na zakup czegoś z tej półki. Kobiety są łatwym celem szczególnie dla Apple, bo ich produkty wyglądem kładą całą konkurencję na łopatki, a że kobiety cenią dobry wygląd wie każdy, kto przyszedł na randkę skacowany po całonocnej imprezie z kolegami. Tak właśnie kupiłem iPhone’a - bo żonie się spodobał. Wcześniej w dużej mierze za jej podszeptem kupiłem Mini. Potem doszedł Airport Express (będziemy mogli słuchać muzyki w salonie i sterować nią z telefonu? bierzemy!). Gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji pokazałem jej Apple TV. Długo panowała cisza, którą zresztą sam wywołałem, opisując barwnymi słowy gdzie sobie można w Polsce wsadzić to urządzenie. Nagle sprawy przyspieszyły biegu, żona zarzuciła sieci na Allegro, no i zanabyliśmy.

Co się takiego stało, że tym razem ja dałem zielone światło? Minęło nieco czasu, dobrzy ludzie zadziałali, złamali zabezpieczenia i sprawili, że zakup małej skrzyneczki nagle nabrał sensu. Szczególnie w Polsce, przy tych zbójeckich cenach. „Dobrzy ludzie” to projekt AwkwardTV i jego komercyjna odsłona - ATVFlash.

Powiedzmy to sobie otwarcie: oryginalne oprogramowanie od Apple nie oferuje zbyt wiele. Ot, można synchronizować filmy, muzykę i podcasty z iTunes (odtwarzając je z dysku urządzenia lub streamując z komputera[1]; podcasty można też subskrybować bezpośrednio z ATV). Można przeglądać zdjęcia z iPhoto. Można pooglądać YouTube. I tyle. W krajach, które Apple uznaje za wystarczająco istotne można jeszcze wypożyczać filmy. Dołóżcie do tego dysk o pojemności 40 lub 160 GB i macie całościowy obraz. Średnio zachęcający dla każdego, kto nie jest fanbojem marki.

A teraz wyobraźcie sobie, że możecie mieć w tej samej skrzynce:

  • oparty na mplayerze odtwarzacz grający między innymi formaty AVI, DivX, Xvid, FLV, WMV, RM, RMVB, MKV (do 480p), MPEG-1, MPEG-2, MPEG-3, MPEG-4 wraz z napisami. Napisałem „między innymi”, bo pełna lista obsługiwanych kodeków liczy sobie ponad 100 pozycji;
  • drugi odtwarzacz. który potrafi sam pobierać metadane z IMDB;
  • dwa, jak to się mówi, „media centery”: XBMCBoxee;
  • możliwość podłączenia zewnętrznego dysku, klawiatury i myszy;
  • opartą na Safari przeglądarkę obsługiwaną pilotem;
  • dostęp via SFTPSSH;
  • możliwość zainstalowania dodatkowego oprogramowania (Transmission na przykład).

Brzmi lepiej, prawda? Do tego nie traci się oryginalnego softu Apple (czasami się przydaje). Nowe oprogramowanie integruje się z nim całkowicie bezboleśnie.

Nagle ze średnio przydatnego pudełeczka robi się całkiem przydatne pudełeczko, które przeobraża się w centrum multimedialne z prawdziwego zdarzenia. Nagle można odtwarzać właściwie wszystko (w rozdzielczościach do 720p, ale współczesne telewizory FullHD i tak mają bardzo dobry upscaling do 1080p), nagle bariera 160 GB znika, nagle można odkleić dzieci od płyt DVD, które były zajeżdżane w imponującym tempie. A podcasty na dużym ekranie to jest naprawdę coś, co robi wrażenie.

Z minusów: Apple zrobiło tak minimalistyczny design, że zabrakło w nim miejsca na przycisk on/off. Urządzenie można z pilota przełączyć tylko w tryb czuwania, w którym pobiera 14W i jest, kehem, ciepłe. Przy zwykłej pracy pobór mocy to 17W, więc oszczędność jak widać potężna. Jak dla kogoś problemem jest 720p, to może to sobie też odfajkować na liście. Koniec minusów.

Z plusów: wszystko, co napisałem nieco wyżej plus wygląd. Pudełko jest naprawdę malusie i milusie (taki spłaszczony Mac Mini; niecałe 3 cm wysokości, więc mieści mi się pod telewizorem).

Miałem do wyboru: albo sam coś rzeźbię z podzespołów uzbieranych na Allegro, dokładam Linuksa, też w nim rzeźbię i mam media center na moich warunkach, albo taniej kupuję podrasowane Apple TV i mam media center prawie na moich warunkach. Okazało się, że prawie moje warunki nie są takie złe i w zasadzie mnie satysfakcjonują.

Melduję, że jestem zadowolony.


Przypisy:

  1. 720p przesyła się bez zacięć po sieci 802.11g []