Żmija

Straszna cienizna, ta książka.

Na szczęście tylko dosłownie. 230 stron, spora czcionka, najnowsza powieść Sapkowskiego pękła w jeden wieczór. Czyta się, jak to u Sapkowskiego, świetnie. Dialogi skrzą się, całkiem jak w cyklu wiedźmińskim, co akurat nie dziwi, bo rzecz dzieje się w wojsku. Niektóre urywki mają szanse na szarszą popularyzację w narodzie.

Na widok pół litra moskowskoj oczy Barmalej i Jakora rozbłysły, a Zacharycz oblizał się. Szybko znalazły się kubki. Nalano, wypito, powąchano skórkę chleba, westchnięto. A Lewart uznał, że czas na pytanie o znaczeniu egzystencjalnym.

- Powiedzcie - uniósł wzrok - jak tu jest?

Barmalej parsknął.

- Jak tu jest, pytasz? Powiedz mu, Jakor, jak tu jest.

- Z lewa chujnia - wyjaśnił Jakow Lwowicz Awierbach. - Z prawa chujnia. A pośrodku pizdiec.

Tak, książka jest o niezwyciężonej armii radzieckiej, która w Afganistanie zebrała tęgie baty, podobnie jak niezwyciężona armia grecka i brytyjska przed nią oraz równie niezwyciężona armia amerykańska po niej. Pod koniec pojawiają się również nasi chłopcy, a jakże, z tym że to tylko epizod, tak jak cały nasz udział militarny w tej rozpierdusze. W każdym razie Sapkowski udowadnia po raz kolejny, że zrobił porządny risercz w temacie gwary wojskowej.

I nie tylko, nie tylko, należy od razu dodać. Sapek - trzeba mu przyznać - erudytą jest, więc oprócz żołnierskich pogwarek mamy też szybką historię zbrojnych wypraw w te przeklęte góry i cały szpaler starożytnych bóstw, o nazwach niemożliwych do spamiętania. Jedno z takich bóstw przewija się przez całą „Żmiję” i stanowi w niej element magiczny. Problem polega na tym, że magiczność u Sapkowskiego ma tendencje do zanikania. W cyklu wiedźmińskim wiadomo - zaklęcia latały jak skowronki. W trylogii husyckiej już słabiej. W najnowszej powieści nie ma tego prawie wcale, co okaże się zawodem dla każdego fana fantasy. Bo, wystawcie sobie, „Żmija” fantasy nie jest. To najzwyklejsza, współczesna powieść osadzona w Afganistanie, chyba pierwszy polski kawałek beletrystyki poświęcony konfliktowi, który pochłonął już ileśtam polskich ofiar. I o ile przez pierwsze 216 stron możemy tylko domniemywać co autor miał na myśli, to po słowach I tu następuje koniec opowieści. Zasadniczo dostajemy w twarz dość brutalną przepowiednią tego, co stać się może wkrótce naszym, polskim udziałem, albo co już się dzieje. Tak, raczej to drugie. „Żmija” stanie się zapewne popularną lekurą wśród naszych wojaków - tych, co Afganistanie byli, są czy będą. I jeżeli ktoś z nich nie zdawał sobie sprawy z tego, w co się może wpakować, po lekturze Sapkowskiego wątpliwości mieć nie powienien. O to, podejrzewam, chodziło.

A co z resztą? Czy z punktu widzenia cywila najnowszy wypust naszego najzdolniejszego twórcy literatury popularnej wart jest uwagi? Z jednej strony to nieźle napisana rzecz, w której nadprzyrodzone nieco zaczyna już zawadzać, z drugiej to tylko jedna książka, która kontynuacji się nie doczeka (Forse altri cantera con miglior plettro), więc wygląda na jednorazowy „skok w bok”, taką wprawkę popełnioną dla podtrzymania formy i dopływu gotówki na konto. Co Sapkowski szykuje na przyszły rok? Na sto procent wie już o czym napisze. Ja cały czas czekam na powieść całkowicie „bezmagiczną”, taką która udowodni jakiego formatu jest pisarzem. Pewnie mu na tym nie bardzo zależy, ale ja wciąż czekam.

Za rok. Może.

Oooooooodlot

Krótka notka, bo przecież nie lubię powiadać filmów.

Pytanie czy warto aby zabrać pociechy na nową produkcję studia Pixar jest oczywiście pytaniem retorycznym. Pixar nigdy jeszcze - od roku 1996, czyli od premiery „Toy Story” - nie wypuścił słabej produkcji. Nie inaczej jest z „Odlotem” - historią o jesieni życia i godzeniu się ze stratą ukochanej osoby (wersja dla dorosłych) a przy okazji o pełnej przygód wyprawie do Ameryki Południowej (wersja dla dzieci). Założona przez Jobsa firma, zdobywca 21 (słownie: dwudziestu jeden) Oskarów idzie pod prąd wszechobecnej pogoni za średnio śmiesznymi gagami (wyjątek: „Madagaskar” i „Madagaskar 2″, gdzie gagi są rzeczywiście zabawne) i tworzy filmy w oparciu o solidnie napisane scenariusze. Efekt widać. Pierwszorzędna animacja, znakomity dubbing i wersja 3D, za którą warto dorzucić kilka złotych. Nie wiem tylko dlaczego akurat „Odlotowi” nie towarzyszy żadna animacyjna krótkometrażówka.

Hausyzm na czasie

Od trzech tygodni Angora Agora robi dobrą robotę i do piątkowych wydań GazWybu dołącza płytę z trzema kolejnymi odcinkami serialu „Dr House”. Nie wiem czy jest ktoś na sali, kto tego nie oglądał, ale na wszelki wypadek zaznaczę, że mamy do czynienia z dziełem gatunkowo wybitnym, kultowym wręcz. Rzeczy kultowe, jak wiadomo, przeżywają w zbiorowej pamięci dzięki cytatom. Któż nie pamięta cytatów z „Misia” czy „Rejsu”? Jest grupka ludzi, która lubuje się w cytatach z House’a właśnie, krótkie te formy literackie mają nawet w angielskim własne określenie: Houseisms. Swoją drogą, spróbujcie to wymówić…

No dobrze, ja nie o tym. Chciałem tylko wkleić tutaj coś, co niby było wrzucone do scenariusza z myślą o amerykańskiej odmianie paranoi, ale - jak to amerykańskie paranoje - zaczyna się przyjmować i u nas. I co mnie nieco przeraża.

Właścicieli praw autorskich oczywiście serdecznie pozdrawiam. To w wyższym celu, rozumiecie? Hugh byłby za.