Jebut

Tytuł tego wpisu to jednocześnie onomatopeja oddająca odłgos mojej szczęki opadającej na podłogę, podczas gdy reszta ciała zapoznawała się z wyrokiem Trubunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w sprawie Komisja Wspólnot Europejskich przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej.

Poszło o GMO.

Daruję sobie istotę problemu, bo każdy kto ma mózg potrafi sobie wyguglać czym jest GMO, porównać dostępne na ten temat dane i wyciągnąć wnioski. Clou tej notki jest co innego: uzasadnienie stanowiska naszego rządu. Rząd nasz otóż postanowił nie wprowadzać w życie postanowień dyrektywy 2001/18/WE, gdyż albowiem ponieważ nie bardzo wiadomo dlaczego. Z jednej bowiem strony minister rolnictwa twierdzi, iż Biorąc pod uwagę obecny stan wiedzy naukowej i opinii ekspertów, można stwierdzić, że żywność modyfikowana genetycznie nie stanowi zagrożenia dla zdrowia ludzi, z drugiej Polska nie kwapi się z dopuszczeniem do obrotu morderczego GMO. W końcu, gdy Komisja traci cierpliwość i pozywa Najjaśniejszą przed surowe oblicze Trybunału, nasz przedstawiciel - Mikołaj Dowgielewicz - musi się podpierać argumentacją zapewne przez siebie nie napisaną. I teraz najlepsze, ta argumentacja. Zaczerpnięta z uzasadnienia wyroku, który każdy jeden Polak i każda jedna Polka może sobie przeczytać (sprawa o numerze C-165/08).

Co do istoty sprawy Rzeczpospolita Polska podnosi, że wbrew temu, co utrzymuje Komisja, orzecznictwo potwierdza, że skarga na podstawie art. 30 WE przestaje być możliwa tylko wtedy, gdy przeprowadzona harmonizacja wspólnotowa obejmuje środki niezbędne do osiągnięcia szczególnego celu, do którego ochrony zmierza to postanowienie traktatu WE. Tymczasem względów etycznych nie obejmują właśnie dyrektywy 2001/18 i 2002/53, które mają na celu wyłącznie ochronę środowiska i zdrowia ludzi. Motyw 57 i art. 29 ust. 1 dyrektywy 2001/18 zastrzegają poza tym wyraźnie dla państw członkowskich kompetencję regulacji aspektów etycznych związanych z GMO.

W niniejszym przypadku przyjęcie spornych przepisów krajowych kierowane było zasadami etyki chrześcijańskiej i humanistycznej, które są wyznawane przez większość polskiego społeczeństwa.

W tym zakresie Rzeczpospolita Polska powołuje się kolejno na chrześcijańską koncepcję życia, która sprzeciwia się temu, aby organizmy żywe stworzone przez Boga były przedmiotem manipulacji i zmieniane były w materiały będące przedmiotem praw własności przemysłowej, na chrześcijańską i humanistyczną koncepcję postępu i rozwoju, która nakazuje szacunek dla planu stworzenia, jak również na poszukiwanie harmonii między człowiekiem i przyrodą, i w końcu na chrześcijańskie i humanistyczne zasady ładu społecznego, gdyż zredukowanie organizmów żywych do rangi produktów o celach czysto komercyjnych może szczególnie podważać fundamenty funkcjonowania społeczeństwa.

To jest, proszę wycieczki, argumentacja kraju, który w swojej konstytucji posiada artykuł dwudziesty piąty. To jest, proszę wycieczki, przykład tego, jak ze słynnego NOMA w polskich realiach zostaje OMA. To jest również przykład kompletnej, graniczącej z histerią bezradności, którą - przy braku sensownych argumentów - każe przed międzynarodową instytucją wyciągać argumenty bezsensowne, co potem owocuje kolejnymi żartami o kraju nad Wisłą (czemu po fakcie wszyscy się u nas niezmiernie dziwią). Tekst o „zredukowaniu organizmów żywych do rangi produktów o celach czysto komercyjnych” powinien wejść do antologii najlepszych dowcipów świata, szczególnie jak sobie człowiek uświadomi, że na bazarkach i giełdach rolnych organizmami żywymi handluje się od tysiącleci i w celach komercyjnych jak najbardziej. Przy okazji zwracam uwagę szanownej wycieczki na sprytne splecenie chrześcijańskiej i humanistycznej koncepcji postępu. W ten prosty sposób jednymi, którzy nie brzydzą się GMO zostali kanibale, pedofile i mordercy.

Wynik tego całego cyrku na kółkach? Sprawę z godnościom osobistom przerżęnlim, mamy zapłacić koszta własne i dwie trzecie kosztów poniesionych przez Komisję Europejską. Pan zapłaci, i pani zapłaci. Ale moralnie to jesteśmy górą, tak nam dopomóż.

PS Temat tego wpisu został bezczelnie wykradziny Danielowi Passentowi, z jego felietonu pt. „Z życia buraków” („Polityka” 8/2010). W ramach jego poszerzania (tematu, nie Passenta) proponuję lekturę tekstu „Sąd ostateczny” Joanny Podgórskiej i Agnieszki Mazurczyk. Też ciśnienie skacze.

„Heligoland” albo stopa zwrotu z inwestycji

Zapewne nawet najbardziej zaciekli[1] czytelnicy blogusia nie zdają sobie sprawy jaką to miętę czuję do dokonań grupy Massive Attack. Przy czym czuję się też w obowiązku zaznaczyć, że uczucie to nie przekłada się wcale na umiłowanie do gatunku jako takiego. Trip hop nie kręci mnie jakoś szczególnie, tylko od Massive Attack zalatuje wspomnianą miętą.

Ze zespołem tym stało się tak, że najpierw wydał trzy znakomite płyty - „Blue Lines”, „Protection”„Mezzanine” - a potem wziął i się zepsół. Czwarty krążek, „100th Window”, był właściwie solowym dokonaniem 3D. Umówmy się, że to nie była dobra płyta, wcale. Jakby w uznaniu tego smutnego faktu del Naja zrobił sobie siedmioletnią przerwę i gdy PT Publiczność przekonana już była, że projekt poszedł do piachu, Massive Attack powróciło. I to, w mordę, naprawdę był Zmasowany Atak.

„Heligoland”, piąty krążek. Pełna rehabilitacja po „100th Window”, nie wiem czy nie najlepsze dokonanie w dziejach grupy. Mam jakoś tak dziwnie, że dobre płyty rozpoznaję po tym, że mi się nie podobają. Znaczy, wróć - nie podobają mi się przy pierwszym przesłuchaniu. Przesłuchanie drugie, które następuje z reguły następnego dnia po tym pierwszym, przynosi już wzrost zainteresowania i ostrożne stwierdzenie, że może nie jest tak źle, jak się na początku wydawało. Przesłuchanie trzecie kończy się łagodną odmianą ekscytacji, że właśnie udało mi się trafić na dobrą płytę. Czwarte jest tylko potwierdzeniem tej diagnozy i rozpoczyna kilkutygodniowy maraton z jednym krążkiem na uszach, aż do zajechania materiału. Szybki galop po internetowych recenzjach potwierdza tą diagnozę: nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu.

Zaczyna się znakomicie: „Prain for Rain” to typowo massivatackowy numer, odpowiednio mroczny, na wysokości 2:50 łapiący drugi, lepszy oddech. Dodatkowo zawiera chyba najlepszy wokal na całym krążku (Tunde Adepimbe). „Babel” z Martiną Topley-Bird już taki dobry nie jest, aczkolwiek poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Splitting the Atom”, znany z epki, jest minimalistyczny, leniwy, hipnotyzujący.

„Girl I Love You” to kolejny jasny moment na płycie, trochę jakby wyjęty z sesji „Blue Lines” - gdyby nie Horace Andy na wokalu byłby jeszcze lepszy. Następujący zaraz po nim „Psyche” to bardzo przyjemna przyśpiewka - dosłownie. Takie małe niby nic, ale wkręca. „Flat Of the Blade” to chyba najsłabsza chwila, nie będę się rozpisywał, tym bardziej, że zaraz po nim melduje się „Paradise Circus”. Murowany kandydat do ścisłej czołówki dokonań grupy, wsłuchajcie się w wokal Hope Sandoval i zwróćcie uwagę jak całość się pięknie rozwija - z prostej melodii do małego, muzycznego Wszechświata (poniższy teledysk to wersja NSFW, lepsza moim zdaniem od tego, co widać w telewizorach).

„Rush Minute” to del Naja na wokalu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej (ktoś pamięta „Eurochild”?) i znów dwie czy trzy nuty w tle. „Saturday Come Slow” to Damon Albarn z Blur (idealnie pasuje do tej linii melodycznej, właściwie mógłby się pod tym podpisać). Zamykający „Atlas Air” to wisienka na torcie - dosłownie. Mój ulubiony utwór, zaczyna się znakomicie a potem jest już tylko lepiej. 3D wiedział chyba dobrze, że musi to mieć tylko dla siebie. Ech, żeby każda płyta kończyła się tak dobrze…

Jak zapewne zauważyliście rzadko się tu rozpisuję o muzyce, ale czasem pojawiają się takie krążki, że po prostu nie można przejść obok nich obojętnie. „Heligoland” to póki co płyta roku i nie sądzę, żeby cokolwiek mogło jej zagrozić przez kolejne dziesięć miesięcy. #wyraz[2], żebym tylko nie musiał czekać na kolejne wydawnictwo MA przez następne siedem lat.

Na koniec wyjaśnienie ekonomicznego wątku w tytule: za niecałe czterdzieści złotych polskich dostajecie tyle radochy, że starczy na długo. Mocny towar, jak mówią na dzielni. I tylko trochę żal, że za oceanem mogą mieć wersję MP3 za niecałe 10 dolarów. Szybkie przeliczenie siły nabywczej polskiej pensji w stosunku do równie polskich cen mam za całą diagnozę sytuacji na nadwiślańskim rynku muzycznym. Ale, ale - nie mój cyrk, nie moje małpy, señores presidentes.


Przypisy:

  1. MSPANC []
  2. nowomowa blipowa, proszę o wybaczenie []