ikanapka, websofa, e-nocnik

Zainteresowałem się polskimi vodcastami. Vodcastami technologicznymi, bo to jedyna dziedzina, w której jakoś tam się poruszam.

Vodcasty traktujące o technologiach (czytaj: o Internecie) mamy w tej chwili dwa: ikanapka.plwebsofa.pl. Łączy je jedno: format. Format nakazuje, aby dwóch młodych mężczyzn siedziało na jakimś meblu i opowiadało sobie i widzom co też ostatnio wyczytali na diggu i wykopie. Jeden z nich musi się obowiązkowo czemuś dziwić, tak aby widzowie poczuli, że obcują z właśnie objawianą tajemnicą. Tu kończą się podobieństwa.

ikanapka jest projektem starszym i właśnie dobiła do odcinka trzydziestego pierwszego. To typowa amatorska produkcja, kręcona jedną, ustawioną na statywie kamerą, z jednego ujęcia. Plusy: niskie koszty własne. Minusy: dochodzi do zabawnych sytuacji, w których prowadzący opowiadają co właśnie widzą na ekranie - przypomina to nieco przerabianie „Gwiezdnych Wojen” na słuchowisko radiowe.

Za bezpośrednią konkurencją - websofą - stoi profesjonalna agencja. To widać. Mamy przynajmniej dwa ujęcia, montaż, wędrówki z sofą po różnych okolicznościach przyrody a nawet przewodniczącego Leppera na zawołanie. Gdy mowa o jakimś serwisie, to na ekranie widzimy ten serwis, nie zadowalamy się słuchowiskiem na jego temat. Dodatkowo, prowadzący są bardziej kewl, wyjęci trochę z polskiej Vivy czy z teledysku krajowego hip-hopowca.

Już tłumaczę skąd ten zgryźliwy ton. Otóż: nie rozumiem. Nie rozumiem po co czytać i opowiadać Internet? W ciągu pół godziny jestem w stanie dotrzeć do większej ilości informacji niż serwują mi gospodarze obu programów. Tak, łącznie.

Być może jestem z innej generacji, tej jeszcze czytającej? Być może dzisiaj młodzież przede wszystkim ogląda i  woli przerzucać zadanie przesiewania informacyjnego szumu na kogoś innego? O ile to założenie może być prawdziwe w przypadku websofy, to ikanapka jest przecież tak naprawdę programem robionym dla krewnych i znajomych królika i służy - tak podejrzewam - budowaniu własnej pozycji w tzw. branży i w tzw. środowisku.

A propos branży i środowiska: dochodzimy to tego, co najsmutniejsze. Polski „przemysł” łebdwazerowy jest kiepską kalką swojego amerykańskiego odpowiednika, tak jak kiepską kalką Diggnation są oba programy. To nawet nie jest zarzut, to stwierdzenie faktu, bo być może nad Wisłą - z tymi funduszami, z dobrymi programistami, ale bez wizjonerów - się zwyczajnie nie da. Nasza-klasa, Blip, Wykop - czołowe osiągnięcia krajowej myśli łebdwazerowej to kalki. Antyweb.pl - czołowy blog branżowy - to taki „Tygodnik Forum” polskiego Internetu. Czy w tej sytuacji programy traktujące o tak przeciętnych zjawiskach same mają szanse wybić się ponad przeciętność? Furda tam zresztą Internet - przecież bogate telewizje z  formatów uczyniły filary swojej biznesowej filozofii, dlaczego więc amatorzy nie mieliby robić tego samego?

Obawiam się, że dopóki sensownie nie odpowiemy sobie na te pytania, będziemy skazani na Ctrl+C, Ctrl+V.

PS Z radością donoszę, że dziś jest Shutdown Day. Podlinkowałbym, ale serwer akcji też sobie zrobił shutdown.