What a beautiful Ars

Internet, jak wiadomo, służy do czytania. Prowokacja aż wylewa się z tego zdania, ale ja nadal żywię głupią nadzieję, że większość populacji przedkłada słowo pisane nad filmiki na YouTube czy hodowanie krów na Fejsbuku. Sporym problemem jest znalezienie czegoś do czytania, czegoś co nie jest tłumaczeniem newsa z zachodniego serwisu, nie gwałci ortografii i generalnie nie sprawia wrażenia naklepanego na kolanie w przerwie reklamowej.

Z blogami problemu nie ma, bo jest tego takie zatrzęsienie, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Gorzej z tekstami z wyższej półki - takimi powyżej trzech-czterech akapitów tekstu, tekstami nad którymi trzeba usiąść, pomyśleć, zgromadzić jakąś wiedzę, zweryfikować źródła i potem sensownie przelać całość na klawiaturę. To wciąż pole, na którym tradycyjne media trzymają się mocno. Pole tragicznie zaniedbane w polskim zakątku sieci, dlatego też błogosławieństwem okazuje się w tym przypadku znajomość języka obcego, najczęściej angielskiego.

Bolesna prawda o padole łez, na którym przyszło nam żyć jest taka, że there ain’t no such thing as a free lunch. Krótkie notki (albo dłuższe, to już zależy od stanu psychicznego autora czy autorki) produkowane są na blogach w zastraszającym tempie, artykuły zaś, takie prawdziwe, rodzą się w bólach, które trzeba wynagradzać. Wynagrodzenie zaś wyraża się w pieniądzach, pieniądze zaś nie bardzo dają się wycisnąć z reklam.

Efektem jest obecny stan sieci. Właściciele witryn, których koszty własne wykraczają poza opłacany raz do roku hosting testują wytrzymałość czytelników na pływająco-skacząco-migające reklamy, inni każą sobie płacić SMS-ami, jeszcze inni zakładają kłódki, które zdejmuje się czterema liniami kodu. Każda z tych filozofii rozwoju jest bez sensu, bo każda traktuje użytkownika jak klienta sklepu rybnego. Panie, to się kupuje, tu się nie ogląda!.

O serwisie Ars Technica już kiedyś wspominałem. Wychodzi na to, że to jedyne miejsce - przynajmniej mi znane - gdzie mogę zetknąć się z rzetelną dziennikarską robotą. Czasami klikam sobie losowo po ichnich artykułach i wiem, że nie dalej niż za trzy-cztery kliknięcia znajdę coś, co mnie zainteresuje. Co ciekawe, czytając te teksty ma się wrażenie (ja przynajmniej je mam, może tylko mi się zdaje), że autorzy nie traktują czytelnika jak samobieżne źródło dochodu a raczej partnera w rozmowie, wymianie myśli, nazwijcie sobie to jak chcecie, bo zaraz skręcę w banał. Tam naprawdę czuć inną atmosferę, czuć że komuś zależy na tworzeniu przekazu na poziomie, czuć też gikowską atmosferę. Taki trochę blog na sterydach, zresztą AT zaczynała jako blog właśnie a teraz należy do wydawcy Wired i Reddita.

Trzeba trafu, że w zeszłym roku Ars przeszedł krótką chorobę, na którą wciąż od czasu do czasu zapadają na przykład polskie blogi. Objawy są podobne: podniesiona gorączka, podrażnione ślinianki i plucie naokoło. W Arsie nikt nie pluł (nie ten poziom jednak), ale 5 marca 2010 roku serwis na 12 godzin zablokował dostęp do treści osobom używającym Adblocka. Gdy blokadę zniesiono redaktor naczelny opublikował tekst, w którym wyjaśniał motywy:

My argument is simple: blocking ads can be devastating to the sites you love. I am not making an argument that blocking ads is a form of stealing, or is immoral, or unethical, or makes someone the son of the devil. It can result in people losing their jobs, it can result in less content on any given site, and it definitely can affect the quality of content. It can also put sites into a real advertising death spin.

Wiecie co się stało zaraz potem? W ciągu 24 godzin 24000 osób wpisało AT na whitelistę Adblocka, kolejne dwieście wykupiło płatną prenumeratę. Tak właśnie procentuje inwestowanie w jakość i budowanie społeczności wokół serwisu.

Możliwość płatnej prenumeraty Arsa istnieje od 2001 roku, ale dopiero teraz przyszło mi do głowy, że za lata dostarczania wielkiej frajdy i solidnej porcji wiedzy tym ludziom należy się z mojej strony jakaś forma podziękowania. Od wczoraj jestem klientem segmentu Premium, który za pięć dolarów miesięcznie dostaje nie tak znowu wiele - kanały RSS w całości, teksty nie dzielone na podstrony, dostęp do biblioteki wszystkich dotychczasowych artykułów w formacie PDF. W przypadku każdego innego serwisu byłaby to marna zachęta, ale Ars jest inny. Za kultywowanie tej inności jestem gotów zapłacić 15 zł miesięcznie - niech takie wysepki na morzu bylejakości kwitną i rozwijają się ku uciesze mojej i dzieci moich też. Inwestuję w młodzież, nieprawdaż.

Po co to wszystko piszę? Bo mam nadzieję, że ludzi mających swoje ulubione miejsca w sieci jest więcej, że sporo osób nie wałęsa się po Internecie bez celu, podążając za linkami z Fejsbuka czy innych portali. A skoro - podobnie jak ja - mają takie miejsca, to może warto zastanowić się jak sprawić by wartościowe teksty opłacało się pisać. Może nie od razu subskrypcja, może wystarczy samo przejrzenie ustawień Adblocka? W końcu konieczności posiadania takiego peacemakera na oszalałych marketoidów nigdy nie kwestionowałem.