Rootnode z pewnej perspektywy

To już niemal półtora roku jak jestem członkiem stowarzyszenia zwykłego. Pierwszą „recenzję” tego członkostwa popełniłem ponad rok temu, czas więc kilka słów na temat tego, co się wydarzyło w międzyczasie.

W międzyczasie wydarzyło się sporo. Koniec recenzji.

Teraz serio: przez te kilkanaście miesięcy miałem momenty zwątpienia. Pierwsze serwery błyskawicznie zaczęły niedomagać pod naporem kolejnych użytkowników, których liczba rosła w zastraszającym tempie. Administratorzy dołożyli wówczas nowe maszyny, wprowadzili jasne zasady co i gdzie można uruchamiać. Przez moment było bosko. Zaraz potem nastał moment, w którym wiele rzeczy zaczęło się sypać. Jak tylko wyszliśmy na prostą postanowiono przepisać na nowo szatana, czyli rootnodowy system zarządzania środowiskiem użytkownika. Nie poszło rzecz jasna tak, jak pójść powinno i znowu zaczęło być pod górkę. W tym okresie błędów i wypaczeń byłem proszony o napisanie notki polecającej. Nie napisałem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że inicjatywie potrzebne są środki finansowe na nowy sprzęt, ale wyszedłem z założenia, że nie mogę polecić czegoś, z czego sam nie jestem do końca zadowolony. Z czego, tak naprawdę, zadowolony nie jestem.

Dziś mogę chyba już radośnie ogłosić, że okres trudnego dzieciństwa Rootnode ma za sobą. Od dłuższego już czasu serwery działają bardzo stabilnie, szatan wyszedł był na prostą (mimo, że nie wszystkie moduły zostały ukończone). Jest bardzo dobrze, żeby jeszcze koszulki udało się w końcu wyprodukować, to już by była bajka.

Nie, tym razem nikt mnie o nic nie prosił. Spisałem te wynurzenia sam, bo doceniam ciężką pracę ludzi, którzy trzymają rękę na pulsie całej infrastruktury, którzy reagują szybko, są życzliwi i cały czas kombinują jak by tu jeszcze zrobić mi dobrze. No dobrze, nie tylko mnie.

Wszystkie te uwagi proszę rzecz jasna przyjmować jako sądy wydawane z perspektywy kolesia, który swoje 40 GB dysku (chyba tyle mam, już się pogubiłem szczerze mówiąc) wykorzystuje do prowadzenia tego bloga i kilku malutkich stronek na boku. Żadnych torrentów nie ściągam, nie okupuję serwerów aplikacyjnych, nie stawiam środowiska programistycznego. Z punktu widzenia takiego właśnie kolesia po raz kolejny polecam Rootnode.

Jako serwery. Jako społeczność. Jako pomysł na zrobienie czegoś fajnego w tym kraju powszechnej niemocy.

GNU Fry

Stephen Fry, który pojawiał się już u mnie na łamach, znów wynurza się z komediowych odmętów aby tym razem złożyć życzenia ruchowi GNU na jego dwudzieste piąte urodziny (które, jak wszyscy wiemy, przypadają 25 27 września). Warto rzucić okiem.

Przy okazji jest prośba: gdyby się komuś chciało, może przygotować polską wersję napisów. Tekstu nie jest za wiele a Richard się ucieszy na pewno :)

PS Obublikowano z Google Chrome :)

Jest sobie konkurs

I są sobie nagrody, a jakże. Ta najbardziej pożądana to rzecz jasna przeurocze maleństwo o nazwie Acer Aspire One, które można dostać za darmo pod warunkiem. Warunek jest jeden: trzeba napisać artykuł. Do tego subwarunki: trzeba się znać na tym, co się opisuje, trzeba też zachować kilka wymogów formalnych. Konsolowcy mają z górki, ale w końcu magia czarnego ekranu zobowiązuje.

Zwycięzca, jak to zwykle w życiu bywa, jest jeden, ale nie bierze wszystkiego. Są też nagrody pocieszenia, jeżeli oczywiście cokolwiek jest w stanie utulić w żalu po utraconej szansie na przytulenie maleństwa.

Na koniec banner dla wzrokowców - wszystko byle zachęcić do startu.

Powodzenia.

„Little Brother” czwarty tydzień na liście bestsellerów NYT

Kto by się spodziewał? Najnowsza powieść Cory’ego Doctorowa - „Little Brother” - już czwarty tydzień utrzymuje się w czołówce bestsellerów New York Timesa. Nieźle, jak na książkę, którą każdy może sobie pobrać za darmo w 20 formatach (np. dla iPhone, ale również jako uniksowy plik .info). Właśnie ruszyły dodruki wydania w twardej okładce, więc Tor Books zrobiło zapewne na tym tytule poważne pieniądze. Całkiem nieźle, jak na firmę, która programowo unika DRM.

Jeżeli jest jakaś rzecz, jakiej nie znoszę, to streszczania książek i filmów. Wystarczyć wam musi informacja, że jest to zasadniczo rzecz dla młodzieży, z silnym motywem hackerskim. Walka z Systemem, te rzeczy. Neil Gaiman zachęci Was bardziej.

Jak to się dzieje, że można zarobić na książce bezpłatnie dostępnej w sieci? Autor wyjaśnia:

Rozdawanie ebooków daje mi artystyczną, moralną i komercyjną satysfakcję. Pytanie o stronę komercyjną tego przedsięwzięcia jest zresztą najczęstsze: jak mogę udostępniać ebooki za darmo i wciąż zarabiać na pisaniu?

Dla mnie - i dla każdego innego pisarza zresztą też - największym problemem nie jest piractwo lecz zasięg oddziaływania. Spośród wszystkich tych, którzy dziś nie kupili mojej książki, większość zrobiła to dlatego, że nigdy o niej nie słyszała, nie dlatego że zdobyła skądś wersję piracką. Megahity science-fiction sprzedają się w nakładach nie przekraczających 500 000 egzemplarzy, podczas gdy na San Diego Comic Con pojawia się nawet 175 000 odwiedzających. Łatwo zauważyć, że większość z tych, którzy deklarują, że „lubią science-fiction” tak naprawdę rzadko kupują taką literaturę. W tym stanie rzeczy bardziej opłaca mi się zaprosić więcej ludzi do mojego stoiska niż sprawdzać, czy każdy kto tam się pojawia kupił bilet wstępu.

Kopiowanie ebooków leży w ich naturze. Wiele spośród tych kopii ma swoje przeznaczenie, osobę, do której są adresowane. Osobę, do której książka dociera „z polecenia”, w ramach wymiany opartej na zaufaniu. To ten rodzaj reklamy, o jakiej śni każdy autor. Udostępniając swoje książki w formie elektronicznej ułatwiam swoim czytelnikom zdobywanie dla mnie kolejnych czytelników.

Co więcej, nie uważam ebooków za substytuty książek. Nie chodzi o to, że współczesne monitory nie nadają się do czytania - ludzie mnie podobni spędzają większość czasu na czytaniu tekstu w Internecie. Większy stopień zaawansowania w informatyce pociąga za sobą jednak niskie prawdopodobieństwo zapoznawania się z dłuższymi tekstami w sieci, a to dlatego że tacy ludzie robią na swoich komputerach więcej, niż inni. Mają w tle uruchomione komunikatory, programy do poczty elektronicznej, przeglądarki, gry, korzystają z własnej biblioteki muzycznej. Im więcej rzeczy robi się na komputerze, tym większe prawdopodobieństwo, że w przeciągu pięciu czy siedmiu minut pojawi się, coś, co odciągnie nas od czytania. To właśnie dlatego komputery wyjątkowo nie nadają się do czytania dłuższych form literackich - no chyba że ma się stalową samodyscyplinę mnicha.

To dobra wiadomość dla pisarzy, bo to oznacza że ebooki tak naprawdę stanowią zachętę do kupienia wersji drukowanej (która jest tania, łatwa do zdobycia i jakże prosta w obsłudze). Elektroniczna postać książki pozwala zapoznanie się z tekstem na tyle, żeby zdecydować się (lub nie) na zakup.

Tak więc ebooki służą do sprzedawania książek. Każdy pisarz, o jakim słyszałem, który zdecydował się na promocję przez rozdawanie ebooków, nie kończył na jednorazowej akcji tego typu. To ekonomiczne uzasadnienie tego, co robię.
Pora na uzasadnienie artystyczne. Mamy 21 wiek. Proces kopiowania nigdy już nie będzie trudniejszy, niż jest dziś. Twarde dyski nie staną się w przyszłości cięższe, droższe czy mniej pojemne. Sieci nie zwolnią, nie przerzedzą się punkty dostępowe. Jeżeli nie tworzysz sztuki podatnej na kopiowanie, nie tworzysz też sztuki, która ma szanse zaistnieć w tym stuleciu. W tworzeniu takiej sztuki jest coś urokliwego, tak samo jak urokliwe wydają się odwiedziny w wiosce pionierów, gdzie wiekowy kowal podkuwa koniom kopyta. Problem w tym, że to mało ma wspólnego z teraźniejszością. Jestem pisarzem science-fiction, powinienem pisać o przyszłości, w najgorszym wypadku o teraźniejszości. Sztuka, która nie poddaje się kopiowaniu należy do przeszłości.

Wreszcie, uzasadnienie moralne. Kopiowanie to naturalna czynność. Tak właśnie zdobywamy wiedzę (kopiujemy ją od rodziców, od otaczających nas ludzi). Moja pierwsza opowieść, powstała gdy miałem 6 lat, była po prostu remiksem Gwiezdnych Wojen, które dopiero co obejrzałem w kinie. Dziś, gdy Internet - ta największa maszyna kopiująca - jest już właściwie wszędzie, ten tkwiący w nas instynkt będzie tylko narastał. Nie dałbym rady powstrzymać moich czytelników przed kopiowaniem a gdybym próbował, okazałbym się hipokrytą. W wieku 17 lat robiłem składanki na taśmach audio, kserowałem komiksy i generalnie kopiowałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Gdybym wtedy miał dostęp do Internetu, kopiowałbym na jeszcze większą skalę.

Nie ma sposobu by ten proces zatrzymać. Ludzie, którzy próbują to robić, tak naprawdę wyrządzają więcej szkody niż piraci. Przedziwna krucjata przemysłu muzycznego przeciwko internautom (ponad 20 000 pozwanych osób, póki co) jest równie absurdalna, jak próba pozbycia się barwników z basenu kąpielowego. Mając do dyspozycji alternatywę: zezwolenie na kopiowanie albo szarża na każdego winnego, kogo można dopaść, wybieram to pierwsze.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że wydawcy książek są w uprzywilejowanej pozycji, mają więcej szczęścia niż wydawcy muzyki czy wytwórnie filmowe. Po pierwsze elektroniczne książki nie bardzo dają się czytać. Brnięcie przez kolejne strony na monitorze LCD to mordęga, osobiste czytniki z kolei są w dalszym ciągu mocno niedorozwinięte - analogowa książka bije na głowę swój cyfrowy odpowiednik. Przyjmując do wiadomości te raczej oczywiste prawdy, okazuje się że ebook jest idealnym narzędziem promocyjnym - można go sprzedawać za niewielkie pieniądze, licząc na zachęcenie czytelnika do kupienia wersji drukowanej. Dodatkowym atutem jest profil przeciętnego klienta. Dziś książki czyta zdecydowana mniejszość ludzi, elita, a jeżeli ktoś już czyta, to z reguły jest to osobnik lepiej wykształcony, lepiej zarabiający, ale równocześnie dość zabiegany, który nie ma czasu na pielgrzymki do księgarni i sprawdzanie czy to, co leży na półce jest aby na pewno warte swojej ceny i jego czasu. Ebook doskonale zapełnia tą lukę. To ten impuls, który może pchnąć czytelnika do zainwestowania w wersję drukowaną.

Kupiłem w Polsce jednego ebooka i wiem, że był to ebook póki co ostatni. Za jakieś 60% ceny drukowanego odpowiednika dostałem plik PDF, do którego muszę wklepywać hasło. Tak, za każdym razem gdy chcę do niego zajrzeć. Absurd DRM, idiotyzm do potęgi. Halo, drodzy biznesmeni znad Wisły: nie tędy droga.

A wracając na chwilę do powieści Doctorowa: na jej kartach mowa o systemie operacyjnym, którym posługują się młodzi hackerzy. System nosi nazwę Paranoid Linux. I wiecie co? Już ktoś się zajął tematem.

PS Jeżeli komuś mało argumentacji autora „Little Brother”, to może się zapoznać z podobnymi refleksjami Adama Angsta z „TidBits”.

PPS „Rozdając za darmo”, znów Cory.

Dzień, w którym umarła muzyka

Dobrego bloga poznajemy po tym, że czytając na jego łamach nawet informacje zasadniczo przeterminowane, robimy to z zainteresowaniem. Cała różnica w wartości dodanej.

Tyle tytułem wstępu. Teraz dwa cytaty:

To their credit, if that’s the right word, you can now purchase some music from the iTunes store that is unencrypted and plays anywhere. Apple calls these songs “iTunes Plus”, because it sounds so much better than calling everything else “iTunes Minus.”

To demonstrate the awesomeness of their developer platform, Microsoft opened their own online store, MSN Music, so they could compete directly with their business partners who also offered “PlaysForSure”-compatible music downloads. Because there’s nothing end users love more than fake choices.

Mark Pilgrim pisuje u siebie na blogu rzadko, ale jak już coś napisze, to z reguły warto to przeczytać. Rzekłbym nawet: koniecznie trzeba to przeczytać. „The day the music died” to jeden z tych lepszych tekstów, to list do ojca, któremu Mark tłumaczy o co właściwie chodzi z tym zamieszaniem wokół MSN Music.

Przeczytajcie i cieszcie się, że mieszkacie na prowincji.