łindołs

Żyję z systemu Windows. Dosłownie. Windows karmi mnie, odziewa, płaci rachunki za telefon i tak dalej. Płacą mi za to, że nadzoruję maszyny pracujące pod jego kontrolą. Na tym jednak kończą się moje związki z tym systemem. Chodzi po pierwsze o to, że go nie czuję. To stan psychiczny trudny do wyjaśnienia. W wielkim skrócie chodzi o to, że system Windows jest dla mnie dość drogim produktem genialnego marketingu, nie ma natomiast tego, co na swój prywatny użytek nazywam duszą. Duszę tą czuję natomiast po zainstalowaniu GNU/Linuksa, po krótkim acz ciekawym kontakcie z MacOS (OS X, mniam!), czuję ją tym bardziej w leciwym duecie TOS/GEM. To są systemy w jakiś tam sposób pionierskie, rewolucyjne. Microsoft Windows tymczasem to ładna, kosztowna czekoladka. Pusta w środku. Zdecydowana część mieszkańców planety Ziemia uważa ją za smaczną, bo po prostu nigdy nie próbowała innych wyrobów czekoladowych. Jeżeli ktoś pamięta lata osiemdziesiąte poprzedniego wieku, pamięta też zapewne, że i MS DOS i Windows przegrywały ze współczesnymi sobie konkurentami. Pamięta, że potęgę Microsoftu zbudowano w oparciu o jedno proste i skuteczne posunięcie: przekonanie IBM, żeby dołączał do swoich komputerów MS DOS właśnie. Pamięta też, że IBM dawał wybór swoim klientom: oferował MS DOS za 40 dolarów a DR DOS (daleko bardziej rozwinięty) za dolarów 240. Od tego - w dużym skrócie - się zaczęło.

Dziś Windows jest wszędzie. Słowo "windows" jest zresztą synonimem systemu operacyjnego. To przydługie określenie wielu ludziom nic nie mówi. Mają na komputerze "windows" i tyle. Bez "windows" komputer prawdopodobnie nie działa :)

Czemu jeszcze nie odpowiada mi zatem ten system? Bo generalnie nie lubię monopoli. Microsoft jest modelowym przykładem współczesnej, wielkiej, ponadnarodowej korporacji, która dąży do zmonopolizowania rynku. Dąży do tego świadomie i walczy bez pardonu. Niby to zgodne z duchem kapitalizmu, ale co z tego? Efekt jest taki, że konsument dostaje po rzyci. Modelowy przykład to przeglądrka Microsoft Internet Explorer. Niegdyś (w czasach walki z Netscape) sztandarowy produkt Microsoftu. Teraz, gdy udział rynkowy sięga 95%, jest to program żałośnie zacofany, dziurawy, prymitywny. Firma nie jest zainteresowana jego dalszym rozwijaniem, bo i po co? Wytyczone cele zrealizowano, premie rozdano. A konsument? Konsument drapie się po rzyci, która dziwnie swędzi.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Microsoft boi się otwartych standardów. Nie czuje się po prostu dobrze w tym środowisku. Co by się stało, gdyby otwarto formaty, jakimi posługuje się pakiet Office? Czy ktoś napisałby lepszy pakiet? Nie wiem, ale na pewno ceny Office'a by spadły. Microsoft odzwyczaił się jednak od konkurencji. Przez te wszystkie lata po prostu zapomniał jak to jest.

Drugi powód, dla którego Microsoft nie jest moją ukochaną firmą a Bill Gates moim idolem, jest podejście giganta do ruchu Open Source. Potężna firma reguje dość nerwowo na zagrożenie ze strony Linuksa i posuwa się w tych ruchach stanowczo za daleko. Padają argumenty o odbieraniu przez OS chleba programistom, o zatrzymywanie rozwoju rynku IT. Z drugiej strony, niektóre projekty Microsoftu są rozwijane w ramach SourceForge (w oparciu o licencję CPL, broń Boże GNU GPL). Czyli jednak da się, rzesze programistów nie muszą głodować i nie trzeba reagować alergicznie.

Oddajmy jednak sprawiedliwość królestwie Billa Gatesa. Windows z wersji na wersję stają się coraz lepsze. Minęły juz czasy słynnych niebieskich ekranów (teraz oficjalna nomenklatura każe nazywać je "błędami STOP"). MS Windows stało się świetną platformą do zastosowań domowych, staje się coraz lepszą serwerową. Systemy z linii NT są stabilne, szybkie, łatwe w użytkowaniu i administracji. Billa Gatesa nie da się obwiniać o całe zło na świecie, o wymieranie gatunków, topnienie lodowców i zanikanie puszczy amazońskiej. Microsoft jest firmą jak każda inna, firmą potężną, sprawnie zarządzaną i odnoszącą sukcesy.

Rzecz w tym, żeby dał szansę innym.